Zapoznałem się z kolejnym dziełem Akiry Kurosawy w odsłonie współczesnej, tj. z "Zbłąkany psem" (1949). Kino antyczne niemalże z perspektywy dzisiejszego odbiorcy. Także w tym filmie Japończyk nie pozostał głuchy na wdzięki Zachodu i wykorzystał potencjał czarnego kryminału, kojarzonego z nurtem kina noir. Wyszło mu to całkiem zgrabnie, w moim odczuciu o wiele zgrabniej niż w o rok wcześniejszym, również współczesnym, "Pijanym aniele", chociaż tam oczywiście z noir nie mieliśmy do czynienia.
Nie było mi łatwo wejść w ten film. Prawdopodobnie duże znaczenie ma tu fakt, że nieznane mi są źródła, a więc oryginalne filmy noir. Chodzi o początkowe dysproporcje, wynikające z motywów postępującej do przodu fabuły. Oto młody policjant, Murakami (Toshirō Mifune) zostaje okradziony ze swojego colta i desperacko pragnie go znaleźć. Wydaje się, że powód miałki, a dysonans jest tym większy, że młodzieniec autentycznie przeżywa tę stratę. Wkrótce jednak przy użyciu broni żółtodzioba dochodzi do serii napadów. Murakami obwinia się o całą sytuację, co jeszcze bardziej potęguje jego chęć znalezienia sprawcy. Pomaga mu w tym, o wiele mniejszy entuzjasta, a za to bardziej doświadczony i cyniczny, detektyw Sato (Takashi Shimura). Na horyzoncie pojawi się też obowiązkowo kobieta, może nie tyle fatalna, ale na pewno niejednoznaczna, Harumi Namaki (Keiko Awaji) jako dziewczyna poszukiwanego przestępcy.
Mniej czarny, a bardziej szary jest "Zbłąkany pies" Kurosawy i nie jest to zarzut. Sporo tu społecznego tła i powojennej Japonii, zniszczonej, nie tylko materialnie, ale także moralnie i psychicznie (co stanowi zresztą jeden z wątków). Znaczna część akcji toczy się w nocy, a bohaterom towarzyszy okropny upał, zagęszczający niemiłosiernie i tak już gęstą atmosferę. Wizualna strona buduje więc ten brudny i nieprzyjemny, ale jednocześnie wciągający klimat filmu. Dzieła dopełniają sylwetki bohaterów, wśród których jedynym prawym idealistą jest Murakami. Już nie mam sił kadzić Mifune, ale, jak Boga kocham, nie widziałem jeszcze dwóch filmów, w których zagrałby identycznie; w każdym jest postacią, którą gra. Za każdym razem robi to więc inaczej i dobrze, bardzo dobrze. Może nas trochę drażnić miejscami egzaltacja Murakamiego, ale są to rzadkie wybuchy gwałconej przez rzeczywistość cnoty. Młodzieńca z powodzeniem sprowadza na ziemię Sato. Tutaj Takashi Shimura podobał mi się o wiele bardziej niż w "Pijanym aniele", w którym to walił morałami jak automat, objaśniając odbiorcy, co i jak. A tutaj skąpo komentuje rzeczywistość i budzi zaufanie swoim dobrotliwym uśmiechem, w którym kryje się sympatia dla naiwności partnerującego mu młodzieńca. Idealnie wpasował się w ogólny nastrój filmu.
Odpowiedź na pytania dręczące Murakamiego przyniesie pozornie rozwiązanie całego śledztwa. Pytania te, z silnym akcentem społecznym i moralnym, dotyczą samej natury ludzkiej i rzeczywistości. Cóż, możemy się domyślać już na starcie, jakiej wizji i jakich odpowiedzi spodziewać się po czarnym kryminale. A dlaczego pozornie? Bo Murakami pozostaje chyba jeszcze idealistą, nawet w zakończeniu... Żyje sprawą i nie potrafi o niej zapomnieć, ale jak to mówił Sato, tak zawsze jest z tym pierwszym rozwiązanym śledztwem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz