Film Johna Miliusa ma już swoje lata, ale, jak to często bywa, dana rzecz z czasem nabiera wartości sentymentalnej. Gdzieś się przecina próba obiektywnej, krytycznej oceny z pacholęcym rozmarzeniem, aprobatą, snem o potędze. Tak to właśnie jest z "Conanem Barbarzyńcą" z 1984 roku opartym na twórczości Roberta E. Howarda, w którym gwiazda Arnolda Schwarzeneggera dopiero się rodziła. Arni od początku dawał nam zresztą dowód swoich przeciętnych możliwości aktorskich, co spotkało się z zaszczytną nominacją do Złotej Maliny. Tak to już bywa, co więc tak zauroczyło niektórych odbiorców w filmie Miliusa?
W warstwie fabularnej film posiłkuje się motywem zemsty. Mały Conan jest świadkiem rzezi dokonanej w jego rodzinnej wiosce przez Thulsę Dooma (James Earl Jones). Śmierć ponoszą również jego rodzice, a malec trafia jako niewolnik na północ, gdzie haruje jako wół pociągowy. Przewrotność losu nie zna jednak granic, bowiem ciężka harówka wyrobi w nim potężną muskulaturę. Jego właściciel po dorobieniu się na walkach z udziałem Conana, postanawia go uwolnić. Młodzieniec nie zapomniał o mordercy swoich rodziców, który z czasem stał się przywódcą niezwykle wpływowego i krwawego kultu religijnego. Tak się też składa, że Thulsa omamił księżniczkę (Valérie Quennessen), którą ojciec (Max von Sydow) bardzo chce odzyskać. Conan przyjmuje zlecenie. I chociaż w prologu ojciec radził Conanowi mieć zaufanie wyłącznie do stali, to jednak u jego boku stanie złodziej i łucznik Subotai (Gerry Lopez) oraz Valeria (Sandahl Bergman).
Czas odpowiedzieć sobie, co jeszcze urzeka w "Conanie". Ano prymitywizm właśnie. Suchy, chłodny, iście barbarzyński prymitywizm, za którym stoi zew przygody, a w tle tli się jeszcze perspektywa nietzscheańskiej woli mocy (to nie przypadek, że dziełko zaczyna się od słów Fryderyka Nietzschego). Film nie opiera się na znanych nam efektach specjalnych, zasadniczo klimat budują kostiumy i scenografia, no i oczywiście minimalizm słów. W "Conanie" nikt nie będzie nas raczyć wielosłowiem. Weźmy takiego Conana, który do swojej partnerki Valerii wypowiada przez cały film pięć słów (!). Thulsa lubi dać hipnotyzującą przemowę, ale jest równie enigmatyczny co Conan. Ba! Surowo, surowo, bardzo surowo... Film uniknął też kiczowatej osnowy; wpisuje się w solidne fantasy, w którym gra aktorska nie gra pierwszych skrzypiec, a scenariusz jest pretekstem do snucia przygody. No i nie sposób nie wspomnieć o świetnej, żeby nie powiedzieć - wspaniałej, muzyce Basila Poledourisa, który optymalnie oddał aurę promieniującą z filmu. Właściwie, nie tyle oddał, co zbudował w dużej mierze. Film trwa bite dwie godziny, ale brak dłużyzn sprawia, że ogląda się go szybko i dobrze. Czasami warto się oderwać na moment od naszego skomplikowanego, ale nie rzadko biernego życia...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz