czwartek, 19 stycznia 2012

"Uwolnienie"


"Uwolnieniem" zainteresowałem się z racji niedawno obejrzanej "Teksańskiej maskary piłą mechaniczną" Tobe'a Hoopera. Tu i ówdzie przypisuje się bowiem film Johna Boormana to nurtu horrorów/thrillerów, w których zasadniczą rolę grają krwiożerczy wieśniacy. Z dziełkiem tym jest jednak o tyle ciekawie, że niektórzy widzą w nim tzw. "film ambitny". O ile takiej "Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną" przyznaje się wartość czysto gatunkową, o tyle "Uwolnienie" ma być ponoć po prostu bardzo dobrym filmem. Prawdę mówiąc, wcale mnie jednak nie zaintrygowała ta zwodnicza etykietka ("film ambitny"); chciałem obejrzeć film akcji, tj. odmóżdżyć się. Nie odmóżdżyłem się. Nie obejrzałem filmu ambitnego. "Uwolnienie" Johna Boormana to ni pies, ni wydra. Ale po kolei.

Zostajemy od razu wrzuceni na głęboką wodę, czyli w dzikie tereny Appalachów. Żadnego słodkiego prologu, żadnego pretekstu do snucia wątków o mocniejszej perspektywie psychologicznej. Ja na to, jak na lato. Pomyślałem, że to dobrze. Film akcji. Okazało się też, że jest szansa na film z klimatem, bowiem na początku sporo tej złowrogiej, niepokojącej aury w dziele Boormana. Czterech głównych bohaterów to przedstawiciele zamożniejszej części "mieszczuchów". Wszyscy stypizowani i grubą kreską odmalowani. Lewis grany przez Burta Reynoldsa to typ macho, który wie więcej od innych, a jeśli nie wie, to udaje, że wie. Tacy ludzie mają swoich wyznawców. Lewis też takiego ma - jest nim Ed (niemiłosiernie bezpłciowy John Voight). Pomimo wyhodowanego wąsa jest mniej męski od ogolonego Lewisa. Jest też typ poety, pięknoducha, który na pewno był nieświadomym socjalistą, tj. Drew (Ronny Cox), no i w końcu Bobby (Ned Beatty), nazywany przez delikatnego Lewisa, Pulpetem. Prawdę mówiąc "Bobby" wystarczyłoby za charakterystykę tej postaci. Panowie chcą przeżyć przygodę na łonie dzikiej natury. Gwóźdź programu ma stanowić spływ czółnami po rwącej rzece. Już na dzień dobry spotykają się jednak z oschłym przyjęciem wieśniaków, którzy kursów dyplomacji na pewno nie pobierali. Estetyczne ubytki w ich wyglądzie wskazują także na wysoki stopień pokrewieństwa całej lokalnej społeczności. Coś wisi w powietrzu. Póki co, kończy się jednak na słownym dogryzaniu mieszczuchom. Do czasu...

Zaniepokojenie możemy czuć od już początku próbami klecenia relacji pomiędzy czwórką naszych bohaterów. Czyli już wiadomo dość wcześnie, że nie będzie to czysty survival, ale konfrontacja postaw. Taki eklektyzm rzadko kiedy wychodzi filmom na dobre. "Uwolnieniu" nie wyszedł, bowiem próba bardziej sugestywnej psychologizacji spala na panewce. W zasadzie nie dochodzi do żadnej ewolucji postaw (poza mglistą metamorfozą Eda, a trzeba zaznaczyć, że nic nie przemawia wcześniej za jego przewodnią rolą w filmie), punktem decydującym i charakteryzującym jest jedynie moment etycznego wyboru, którego muszą w pewnym momencie dokonać Ed, Drew, Lewis i Bobby. To właśnie ten moment - skala dramatyczności, której jest nośnikiem, jest niewspółmierna do tego, co się wydarzyło - wraz ze sceną analnego gwałtu na Bobbym (!) stanowią fragment wiążący dla reszty filmu. Szkoda tylko, że nie idzie za tym autentyczna próba pogłębienia konfliktów w grupie. Wszystko to rozłazi się po bokach przez co cierpi również akcja filmu. Akcji tu jak na lekarstwo. Potwierdzeniem eklektycznych ciągotek reżysera albo nieudolną próbą dokończenia wątku proweniencji etycznej i niby psychologicznej jest przeniesienie dzieła w dziedziny thrillera z elementami kryminału. Tak wygląda dość znaczący czasowo ostatni fragment filmu. Krótko mówiąc trochę prób udramatyzowania filmu i psychologizowania, trochę mrocznego thrillera, odrobina filmu akcji i elementy kryminału. W rezultacie: groch z kapustą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz