wtorek, 20 grudnia 2011
"Życie O'Haru"
Zafrapował mnie Kenji Mizoguchi niezmiernie, a to dlatego, że po "Opowieściach księżycowych", które były dla mnie olśnieniem, notował u mnie coraz niższe oceny. O ile "Ukrzyżowanych kochanków" cenię jeszcze wysoko (chociaż już bez takiej admiracji, jak wspomniany powyżej film), o tyle "Zarządca Sansho" większej aprobaty nie wzbudził. Pomyślałem sobie, że kolejny film zadecyduje o potwierdzeniu przykrych domysłów i sądów albo o rehabilitacji reżysera w moich oczach. No i niestety, po obejrzeniu "Życia O'Haru" mogę tylko złożyć ukłon w stronę szczęścia i podziękować siłom wyższym za to, że "Opowieści księżycowe" były pierwszym filmem Mizoguchiego, z którym się zapoznałem. Gdyby ta rola przypadła ostatnio obejrzanemu dziełu, to najprawdopodobniej nie zdecydowałbym się na oglądanie innych filmów Japończyka i tym samym nie poznał arcydzieła, które sobie tak upodobałem.
"Życie O'Haru" spodobałoby się za to Elizie Orzeszkowej, która w "Marcie" ściągnęła na główną bohaterkę dziesięć plag egipskich, coby uzasadnić i wyeksponować główną tezę. Podobnie postępuje w swoim filmie Kenji Mizoguchi. Pierwszoplanową postacią jest tytułowa O'Haru (Kinuyo Tanaka), dziewczę nieprzeciętnej urody (przynajmniej filmowi mężczyźni za to ręczą), która przeżywa nieszczęśliwą, kilkudziesięciosekundową miłość do Katsunosuke (Toshirō Mifune). Podziały klasowe miłość jednak przekreślają i już na wstępie, przed konsumpcją tejże miłości, popychają wybranka pod miecz, a dziewczę na drogę kobiety ćwierć - upadłej, pół - upadłej i upadłej. Nie będę referować i streszczać tutaj tej drogi, bo i po co?
Teza jest czytelna i na modłę współczesną. Życie ludków zdeterminowane jest społecznie, a oni sami nie muszą się martwić wolną wolą, ani odpowiedzialnością, bo boska ręka reżysera wskazuje szybko winnych: opresyjny kastowy system! To on zepchnął biedną O'Haru na dół! To on! Biedna O'Haru w istocie w wielu sytuacjach wolną wolę jednak posiada i to ona decyduje o swoich losach, a że wybiera tak, a nie inaczej? Cóż, pretensje może mieć o to do siebie, a przybieranie perspektywy XX wiecznej dla oceny - karykaturalnie jednostronnej - dawnego systemu społecznego jest tyleż zabawne, co irytujące. Z typową dla tendencyjnych dzieł nadgorliwością reżyser zadręcza bohaterkę kolejnymi niepowodzeniami (przypominam: najczęściej są konsekwencją wolnego wyboru) i nieszczęściami, co w pewnym momencie przybiera kształt ordynarnej manipulacji, a to dlatego, że takim to dziełkom tendencyjnym przyświeca zawsze chęć przekazywania prawd uniwersalnych drogą prezentacji wyjaskrawionej i karykaturalnej. A prezentacja wyjaskrawiona i karykaturalna może mówić co najwyżej o przypadkach jednostkowych i patologicznych. Tak nie jest w filmie Mizoguchiego; tutaj zamysł jest globalny i obejmuje całe uniwersum (mówiąc górnolotnie), czy też schodząc niżej: japoński świat.
Film Japończyka umożliwia nam przekrojowe spojrzenie na społeczność japońską, ale prawdę mówiąc, nie widzę zalet w poznawczym charakterze tego elementu, natomiast taka szeroka perspektywa daje nam szansę poznania całej plejady różnorakich typów osobowościowych, a to z kolei wiąże się z aktorstwem, które nie rzadko może budzić uznanie. Mniej tu Mizoguchiego baśniowego, mniej tu natury, a więcej relacji międzyludzkich i społecznych, ale to wynika ze wspomnianego tendencyjnego ukierunkowania "Życia O'Haru". No cóż, trochę rozczarował mnie Japończyk, chociaż po "Zarządy Sansho" widziałem już, co się święci. Trzeba więc pozostać przy "Opowieściach księżycowych".
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz