niedziela, 18 grudnia 2011

"Zarządca Sansho"



Kenji Mizoguchi zainteresował mnie swojego czasu urzekającym filmem pt. "Ugetsu monogatari" ("Opowieści księżycowe"). Spotkanie z tym dziełem było równe niemalże objawieniu, a to głównie dzięki jego magicznej prostocie i oszczędności użytych środków. Film okryty baśniową osnową niósł ze sobą pewne uniwersalne przesłanie, ale bez zacięcia dydaktycznego. Uniwersalność dzieła była głęboko zrośnięta z jego fabułą, żadnej nadrzędnej, narzuconej formuły, która mogłaby budzić sprzeciw odbiorcy. Potem przyszedł czas na "Ukrzyżowanych kochanków" - film równie piękny, chociaż posiłkujący się już pewnym niewygodnym sentymentalizmem. Ostatnie z obejrzanych przeze mnie dzieł Kenjiego Mizoguchiego, pt. "Zarządca Sansho" nie wzbudziło już we mnie tak jednoznacznego zachwytu i popchnęło w stronę szeregu ambiwalentnych uczuć.

Wydarzenia przedstawione w filmie rozgrywają się w średniowiecznej Japonii, w czasach mocno zhierarchizowanego społeczeństwa, kiedy to niewolnictwo nie było zabronione. "Zarządca Sansho" rozpoczyna się od obrazów ukazujących nam te czytelne podziały. Biedni z najniższych warstw mogą liczyć jedynie na swojego lokalnego władcę, który jest bardzo litościwy i pełen miłosierdzia. Ideały te przekazuje swoim dzieciom: Zushiô (Masahiko Kato) i Anju (Keiko Enami). Tych iście filantropijnych rządów nie będzie nam dane poznać, ponieważ film Mizoguchiego rozpoczyna się właściwie od zesłania dobrego pana na daleką prowincję. Opuszczona rodzina rusza w tułaczkę. Szczęście jednak im nie sprzyja. W wyniku podstępu dzieci zostają oddzielone od matki (Kinuyo Tanaka) i sprzedane w niewolę bezlitosnemu zarządcy Sansho (Eitarô Shindô), kobieta trafia zaś do domu publicznego na wyspie Sado. Od tej pory będziemy śledzić głównie losu dwojga młodych ludzi (w ich rolę wcielają się już Yoshiaki Hanayagi i Kyôko Kagawa - wcześniej grały dzieci). Czy znajdą kiedyś jeszcze rodziców?

Film jest na wskroś gorzki i pesymistyczny, co bynajmniej nie wyklucza subtelności zdjęć i ujęć właściwych twórczości Mizoguchiego. Szczególnie na początku ta magia (rodem z "Opowieści księżycowych") obecna jest także w "Zarządcy Sansho". Niestety, od początku także pojawia się wykładnia z ducha mocno lewicowa, jawnie dzieląca świat w kategoriach dychotomicznych. Egalitaryzm jest jedynie słuszną i moralnie aprobowaną drogą, bo przecież jak nie egalitaryzm, to już tylko niewolnictwo. Z czasem doktrynerstwo znajdzie upust w działaniach Zuchio, który bezrefleksyjnie będzie gwałcić rzeczywistość, pomimo sugestii swojego zarządcy, aby był bardziej rozsądny. Zdaję sobie sprawę, że większość przychylnie spojrzy na ten nadbudowany nad filmem system "wrażliwości społecznej", ale on już wychodzi spoza konwencji baśniowej i tradycyjnie altruistycznej, a wchodzi na drogę zboczeń ideowych właściwych powojennym czasom. W Japonii również. Do tego dochodzi narastający sentymentalizm, którym nasyca się z każdą minutą coraz bardziej dzieło Japończyka. Eksplozja nastąpi w zakończeniu dzieła i wcale nie przyniesie ze sobą zbawiennego katharsis w postaci łez odbiorcy czy choćby delikatnego wzruszenia. Nie chcę jednak przez to wszystko powiedzieć, że filmu nie warto obejrzeć, ponieważ wizualnie nadal jest on pięknym dziełem (chociaż lepiej by było, gdyby to wizualne czarodziejstwo było tak wspaniale skorelowane z treścią, jak w "Opowieściach księżycowych"), także aktorsko stoi na dobrym poziomie, o ile jednak mam pewność, że do "Ugetsu monogatari" wrócę jeszcze nie raz, o tyle na "Zarządcę Sansho" raczej na pewno już się nie skuszę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz