poniedziałek, 26 grudnia 2011

"Kanał"




Wewnętrzny głos mówi mi, żeby unikać nowszych filmów Andrzeja Wajdy; ten głos posiłkuje się tu i ówdzie pojawiającymi się opiniami o szkolnym i czysto dydaktycznym wymiarze jego dzieł (któż by nie znał złośliwych uwag sugerujących, że na pewne filmy chodzą tylko szkolne klasy?). Oczywiście mówię tu pół żartem, pół serio, jednak faktem jest, że do starszych filmów naszego reżysera przystępują z lżejszą duszą i czystszym sumieniem. Tak było z "Kanałem", filmem, który liczy już sobie ponad pół wieku (z 1957 r. - robi wrażenie, wszak Wajdę młodsze pokolenie zna z produkcji z  nowego tysiąclecia, a tu proszę!).

"Kanał" jest filmem szczególnym. Traktuje o jednym z najbardziej krwawych wydarzeń w polskiej historii, tj. o Powstaniu Warszawskim. Początkowe sceny stanowią wprowadzenie do głównej części dzieła, która toczyć się będzie w tytułowym kanale, a dokładniej mówiąc, w kanałach. Kompania porucznika Zadry walczy resztkami sił na Mokotowie. Sytuacja staje coraz bardziej dramatyczna, toteż dowództwo daje rozkaz wycofania się na Śródmieście kanałami. Droga ta jednak okazuje się labiryntem bez wyjścia...

Oczywiście ciężko jest mówić o Powstaniu Warszawskim bez opowiedzenia się po stronie jego przeciwników bądź zwolenników. Sam należę do tej drugiej kategorii osób, co wcale nie oznacza, że odmawiam bohaterstwa i należnej czci tym wszystkim, którzy oddali swoje życie w tej straceńczej walce. Nie widzę też powodów pośpiesznego sytuowania przeciwników po stronie admiratorów komunistycznych władz, chociaż zdaję sobie sprawę, że Wajdzie taką propagandę próbowano wmówić. W końcu "Kanał" pokazuje nam ogromne marnotrawstwo życia młodych ludzi.

Największe wrażenie robią sceny "kanałowe", zaskakująco surrealistyczne, jednak już po chwilowej refleksji dojdziemy do wniosku, że taka metoda obrazowania jak mało która pozwala ukazać mglistość celu i brak punktu zaczepienia. Powstańcy błąkają się w kanałach, a kiedy już wydaje się, że natrafiają na odpowiednią drogę albo wyjście, okazuje się to iluzją i ślepym zaułkiem. Z tej sytuacji nie ma wyjścia. Film atakuje się często z pozycji historycznych i jestem w stanie to zrozumieć, ponieważ samo przemieszczanie się kanałami, niezwykle niebezpieczne, kończyło się jednak procentowo większym powodzeniem. W filmie Wajdy tak się nie dzieje, a młodzi ludzie brodzą raczej w sennym koszmarze, a nie w realnych podziemiach. Wszystko to sprawia, że dzieło Wajdy lepiej przenieść w wymiar symboliczny. To w ramach tej symboliki i oniryzmu reżyser postanowił przedstawić swój punkt widzenia. W filmie Wajdy nie zabrakło dobrych kreacji aktorskich, szczególnie Teresy Iżewskiej w roli łączniczki "Stokrotki" oraz Emila Karewicza jako porucznika "Mądrego" i Wieńczysława Glińskiego jako porucznika "Zadrę".  W kreśleniu wizerunków daje się odnaleźć czytelny podział na nieporadne i zdezorientowane dowództwo i młodych, gotowych do poświęcenia ludzi, którzy budzą naszą większą sympatię. Realizm zostaje jednak rozładowany konwencją koszmaru, stąd też pewna jednostronność w tych wizerunkach nie budzi aż takich zastrzeżeń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz