sobota, 17 grudnia 2011

"Coś"


W kinach mamy obecnie szansę obejrzeć prequel słynnego obrazu Johna Carpentera z 1982 roku, pod niezwykle enigmatycznym tytułem: "Coś". Nie muszę tego oglądać, by wiedzieć, że jest to horrendalne głupstwo, gwałt na oczach chociażby średnio obytego z kinem odbiorcy i wizualny gniot. Nie muszę też oglądać "Prometeusza" Ridleya Scotta, który pojawi się być może gdzieś w wakacje albo po wakacjach, żeby wiedzieć, że nie zbliży się nawet na krok do kultowego klasyka z 1979. Takich filmów już się po prostu nie kręci. Ten sentymentalno - nostalgiczny komunał przyjąć należy za aksjomat. Mowa oczywiście o kinie science fiction, które w dobie CGI i komputeryzacji, stwarza wielką szansę nabicia kabzy wszechwładnych producentów niewielkim kosztem. Ale wracając do "Coś" Johna Carpentera, to muszę stwierdzić, że nie należę do wielkich admiratorów tego dzieła, chociaż nie posunąłbym się do określenia go filmem słabym bądź przeciętnym. W moim odczuciu jest to obraz dobry - tylko albo aż. W kontekście zachwytów wielu osób, raczej "tylko".

Zaczyna się od zagadkowej sceny, ukazującej nam psa, który ucieka przed lecącym helikopterem. Wszystko dzieje się na okrytych śniegiem, przepastnych połaciach Antarktydy. Mężczyźni w śmigłowcu są niezwykle zdeterminowani, by zabić zwierzaka, jednak skuteczność strzałów każe domniemywać, że mróz skleił im oczy. Ta pogoń doprowadza ich aż do bazy badawczej Amerykanów, w której to jeden z nich daje kolejny popis swoich manualnych zdolności i wysadza w powietrze helikopter wraz ze swoim kolegą. Jankesi widzą, co się święci, toteż gdy dziwny człek szwargoczący nieznanym językiem (a byli to Norwegowie) w próbie zabicia psa trafia jednego z nich, nie pozostaje im nic innego, jak usunąć szaleńca. Tajemniczy pies trafia pod skrzydła Amerykanów, a wraz z nim coś jeszcze. Wkrótce to coś daje o sobie znać...

Enigmatycznie? Nieprecyzyjnie? Słusznie. Tak jest najlepiej, bo i film jest świetny przede wszystkim aż do pierwszego ataku "cosia". W tych początkowych scenach Carpenter pokazuje się od dobrej strony, jako mistrz budowania napięcia, w dużej mierze dzięki subtelnym sugestiom w postaci krótkich ujęć, pokazujących nam dziwnego psa. No właśnie, pies jak pies. W każdej innej sytuacji nie nabralibyśmy podejrzeń, ale tutaj kontekst buduje odpowiednią aurę i wyobraźnię odbiorcy opanowuje niepokój odpowiednio podsycany muzyką Ennio Morricone, przede wszystkim powolnym, pulsacyjnym wstępniakiem. Odsłuchanie całego soundtracka pozwoliło mi bowiem przychylniej spojrzeć na decyzję o przyznaniu Złotej Maliny Włochowi. Chyba zbyt wielu fanów sugeruje się tym początkowym motywem, nie dostrzegając, że w ogólnym rozrachunku ścieżka dźwiękowa do "Coś" jest bardzo tandetna i niegodna kompozytora tej klasy co Morricone.

O sile filmu Carpentera świadczy sprawne wykorzystanie motywu izolacji i klaustrofobii. Dzieje się tak z przyczyny wyboru miejsca akcji, ale też w dużej mierze za sprawą podjęcia tematu dezintegracji więzi między poszczególnymi pracownikami stacji badawczej. Tajemnicza istota/wirus ma bowiem zdolność szybkiego wchłaniania cudzych komórek i imitacji, toteż nie wiadomo, kto w danym momencie jest jeszcze człowiekiem, a kto mutantem. Czy można sobie wyobrazić bardziej klaustrofobiczną przestrzeń? Kulminacyjnym momentem jest scena testowania krwi, fenomenalna w sposobie operowania napięciem. Potem film zniżkuje i skrótowo dopełnia fabułę dość szybkim rozwiązaniem akcji. W moim odczuciu potencjał wynikający z wzajemnej nieufności badaczy nie został dostatecznie wykorzystany, nawet nie tyle na poziomie psychologicznym (w końcu to horror) co na poziomie fabularnym i aktorskim, niemniej warto obejrzeć pomimo tego i pomimo narastającej z czasem skrótowości w zawiązywaniu akcji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz