środa, 9 listopada 2011

"Tron we krwi" (1957)



Powiada się czasami w kręgach ortodoksyjnych bądź w formie żartu, że nikt tak nie rozumie Williama Shakespeare'a, jak sami Anglicy. A jeśli już nawet nie o samo rozumienie chodzi, to o wystawianie i ekspozycję jego sztuk z pewnością. Gdzieżby tam Niemcy byli do tego zdolni?! Albo Polacy... Albo Hiszpanie...albo... Wprawdzie żyjemy w globalnej wiosce - co jest frazesem, ale jak najbardziej słusznym - jednak wciąż można mniej lub bardziej wyczuć właściwą danemu narodowi mentalność i związane z nią tendencje oraz kulturalne przyzwyczajenia, stąd pewien opór przy przyjmowaniu mrocznego, na poły fantastycznego, fatalistycznego mroku w obrębie kontynentalnej Europy. A tu proszę! Japończycy porwali się za Shakespeare'a, a dokładniej mówiąc Akira Kurosawa, człowiek, który z powodzeniem czerpał z kultury Zachodu, zachowując przy tym unikalny klimat japońskiej kultury, wcale nie ograniczony tylko do zewnętrznego poloru. Zabrał się więc za wyżej wymienionego klasyka literatury europejskiej i "Makbeta" przeniósł na obraz filmowy, w przestrzeń feudalnej Japonii. Powstało dzieło wielkie, ale niech Bóg mnie broni przed snuciem analogii co do wyspiarskiej proweniencji obu dzieł, chociaż kto wie...

Każdy, kto zna treść "Makbeta" (niech potępieni będą ci, którzy nie znają - rzekł snob z niedosiężnych szczytów) wie, co i jak, wystarczy tylko przełożyć to na koloryt lokalny Japonii wieków średnich oraz kontekst kulturalny i społeczny.  O subtelnych różnicach można będzie wspomnieć później. Mamy więc księcia (Takamaru Sasaki) na Pajęczym Zamku, który prowadzi wojnę z wrogami. Dzięki odwadze i umiejętnościom Washizu (Toshirō Mifune) i Mikiego (Minoru Chiaki) jego wojska odnoszą zwycięstwo. Książę postanawia wezwać obu dowódców i wynagrodzić ich nominacjami. Obaj mężczyźni wracają wspólnie do Pajęczego Zamku, nie wiedząc jednak nic o czekających ich awansach. Po drodze gubią się w lesie, a to skutkuje spotkaniem ze zjawą. Tajemniczy duch odsłania przyszłość Washizu i Mikiemu. Ten pierwszy władać będzie Północnym Kasztelem, a niedługo potem, po śmierci księcia, obejmie dowództwo nad Pajęczym Zamkiem i tym samym królestwo będzie w jego rękach. Sęk w tym, że syn Mikiego będzie następnym władcą. Mężczyźni maskują wszystko śmiechem, ale Washizu wyraźnie ulega wyobrażeniom o przyszłym splendorze i władzy. Za namową swojej żony Asaji (Isuzu Yamada) postanawia pomóc wróżbom, co kończy się wejściem na ścieżkę zbrodni...

Dramat Kurosawy jest dość wierny literackiemu pierwowzorowi, a fabularne odstępstwa kończą się na niewielkich zmianach (w filmie występuje np. jedna zjawa, a nie trzy). Trochę inaczej rozkłada się natomiast akcent w emocjonalnej tonacji dzieła i jego stylistyce. Nie pojawiają się w nim elementy groteski, a pewien rodzaj paraboliczności, który w historii Makbeta każe widzieć przede wszystkim dramat władzy i zgubnej siły fatum, tutaj ciąży bardziej w stronę czarnego realizmu. Oczywiście powyższa interpretacja nadal jest uzasadniona, a jednak ta znana historia przełożona na filmowy obraz staje się na tyle sugestywna, że widzimy w niej pewien jednostkowy dramat spotęgowany jeszcze poczernieniem charakterów, wynikającym bądź to ze zredukowania pewnych monologów (Makbeta), bądź też z gry aktorskiej Isuzu Yamada. Trzeba tu wziąć poprawkę na specyfikę odgrywania czarnych charakterów przez Japonki, które nie są tak namiętnie ekspansywne, zewnętrznie silne i aktywne. Ich zło jest esencjalne, a one same przywodzą na myśl węża - kusiciela. Taka jest w roli Asaji Isuzu Yamada, co jeszcze bardziej oddala ją od znanej nam formuły człowieczeństwa. Znacznie dalej od Lady Makbet. Jeśli chodzi o Toshirō Mifune, to muszę powiedzieć, że nie przestanie mnie on zadziwiać. Paleta jego możliwości aktorskich była chyba niewyczerpana, nawet stypizowane postaci wykreowane przez tego aktora mają kilka odcieni, które w pewnym momencie mogą ujrzeć światło dzienne. Makbet był bezsilny i w dużej mierze bierny wobec narzuconych praw losu, ale jego samoświadomość została nam wyeksponowana mocno, Washizu również dręczy sumienie, ale widzimy tylko zewnętrzne przejawy tego cierpienia, bez monologów i poetyckiej warstwy. Słowa nie rozwarstwiają postaci, co bynajmniej nie oznacza, że postać kreowana przez Mifune jest ukazana nam jednostronnie. Obraz w tym wypadku buduje jednak znacznie bardziej czarny i rozpaczliwy obraz japońskiego Makbeta. Mówiąc brzydko - bez waty słów.

Standardowo już, dzieło Kurosawy jest piękne od strony wizualnej. Niezwykłe wrażenie robi już pierwsza scena ukazująca nam zgromadzenie księcia i jego najbliższych współpracowników - monumentalna, ale też złowieszcza i zapowiadająca fatalistyczny rozwój wydarzeń. Scena spotkania ze zjawą, pełna napięcia i nie groteski, ale z elementami grozy - bardzo mroczna. Washizu i Miki poruszający się w leśnym gąszczu, a potem we mgle budzą od razu skojarzenia z zależnością człowieka od praw losu czy też końcowa scena śmierci, przerażająco gorzka, rozbrzmiewająca długim akordem, w przeciwieństwie do "Makbeta", w którym była ona krótkim podsumowaniem ogólnej formuły fatalizmu rozpiętej nad losem człowieka; w "Tronie we krwi" patrzymy na upadek tego jednego człowieka, a długość sceny jest na tyle wymowna, że jej paraboliczność zostaje zawieszona. Cierpki, brutalny realizm, co - jak wspomniałem - w całokształcie nie wyklucza interpretacji znanych z dzieła Shakespeare'a. One są nieuniknione i skądinąd również słuszne. Warto obejrzeć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz