niedziela, 30 października 2011

"Straż przyboczna" (1961)



Przeszło rok temu obejrzałem po raz pierwszy dolarową trylogię Sergio Leonego i przypadła mi ona do gustu, a momentami nawet zachwyciła. Co więcej, szczególnie upodobałem sobie pierwszą część, chyba za ten ironiczny autokomentarz wpisany w ramy filmu (w późniejszych odsłonach nie jest on tak wyraźny). O sprawie plagiatu, którego dopuścił się Leone, reżyserując "Za garść dolarów" wiedziałem, ale inaczej wyobrażałem sobie skalę bezprawnego naśladownictwa. Szczerze powiedziawszy, skłonny byłem posądzić Akirę Kurosawę o nadgorliwość, a ta, jak mawia ludowe porzekadło, jest gorsza od faszyzmu. Wreszcie postanowiłem zapoznać się z oryginałem i ze sporym zaskoczeniem odkryłem, że Kurosawa miał prawo się oburzyć. Plagiat nie posiłkuje się wyłącznie szkieletem fabularnym "Straży przybocznej", ale jest całkowitą kopią tejże, aż po poszczególne sceny i dialogi, odpowiednio zmodyfikowane na potrzeby zachodniego kolorytu lokalnego. Mój zachwyt filmem Sergio Leonego odbija mi się teraz lekką czkawką, ale jednak nie strącę go w prywatnym rankingu w otchłanie niebytu.

Kurosawa wprawdzie nie skopiował niczego bezwstydnie, ale nie mało czerpał z Zachodu (chociaż intertekstualiści i postmoderniści uznają to pewnie za komunał), także w "Straży przybocznej", w której opierał się luźno na książce Dashiella Hammetta "Red Harvest". Tytułem przypomnienia, fabuła filmu prezentuje się następująco: do małego miasteczka przybywa ronin (Toshirō Mifune), a więc samuraj bez pana, i od razu wpada w kocioł wzajemnych pretensji dwu rywalizujących ze sobą rodzin. Jedna z nich, należąca do Seibeia (Seizaburô Kawazu) czerpie profity z prowadzenia domu publicznego i zmonopolizowania handlu jedwabiem, druga, należąca do Ushitory (Kyû Sazanka), zajmuje karczmę i kręci interes na handlu sake. Obie grupy przekupują urzędników, nie pozwalają nikomu innemu prowadzić interesu w okolicy (poza bednarzem wytwarzającym trumny), zastraszają ludność, czasami też walczą ze sobą. Żyć, nie umierać! Wracając do samuraja, to przyjdzie mu lawirować między obiema grupami pod pozorem chęci czerpania korzyści materialnych, wszak nie może wystąpić sam jeden przeciwko tak dużej bandzie. Ale nie mamy złudzeń, postać grana przez Mifune od początku dystansuje się mentalnie od obu grup i znać, że kieruje nim nie tylko pieniądz.

Z tego, co wyczytałem, Kurosawę nazywa się pesymistą, który lubił obnażać człowieka i pokazywać ciemną stronę życia. Obejrzałem póki co tylko trzy filmy Japończyka i za każdym razem, oprócz wspomnianej ciemnej strony, widziałem też dobrą. Nie inaczej jest w "Straży przybocznej", która pokazuje nam chciwość, hipokryzję, pragnienie władzy, skrytobójstwa, ale również przyjaźń, sprawiedliwość, chęć pomocy. Dobro w filmie Kurosawy nie jest bierne. I dobrze.

"Straż przyboczna" była dla mnie powodem do kolejnego zdziwienia nad grą japońskich aktorów. Mój europocentryzm, pomimo prób przełamania, z trudem przyjmuje fakt, że w Kraju Kwitnącej Wiśni tak świetnie opanowano warsztat aktorski. Zapewne przysłużyła się temu długa tradycja japońskiego teatru, ale mimo wszystko, kreacja postaci budzi uznanie. Mam nadzieję, że nie jest to wyłącznie spowodowane egzotyką aktorów. W przypadku Toshirō Mifune tę pewność posiadam. W każdym z obejrzanych przeze mnie filmów grał inaczej i w każdym robił to równie sugestywnie. W "Straży przybocznej" robi to bez znanej chociażby z "Siedmiu samurajów" czy "Rashomon" ekspresji, bo też nie byłaby ona właściwa w przypadku ronina. Nie wiem też, na ile jest to siła sugestii, a na ile faktyczny stan rzeczy, ale nawet na poziomie gry aktorskiej "Za garść dolarów" wydaje się przeniesieniem "Straży pobocznej" w nowe warunki. Clint Eastwood oglądał "Straż przyboczną"? Postacie Bezimiennego i ronina pokrywają się w jakiejś mierze, ale są też różnice wynikające z gry aktorskiej. Clint jest charyzmatyczny, a w dolarowej trylogii swój blask budował na ironii, czasami autoironii, dystansie i wiele mówiącym (albo właśnie niewiele) milczeniu, Mifune daje swoje postaci jednak więcej odcieni, a ironię zastępuje raczej pojawiający się gdzieniegdzie humor. Z moich obserwacji wynika, że dobro u Japończyków nie bierze sobie za ostrze ironii, ale właśnie humor, niekoniecznie rubaszny i głośny. Być może znawca tej kultury zweryfikowałby moje pomysły, klnąc przy tym siarczyście, ale wrażenia się nie wyprę.


Przyznam się, że zdjęcia podobały mi się znacznie bardziej w "Rashomon" i "Siedmiu samurajach", ale być może powodem tego jest ten westernowy nieco sztafaż, któremu uległ także  Kazuo Miyagawa, przynajmniej jeśli mowa o ujęciach, w których człowiek nie gra pierwszych skrzypiec, bowiem, jeśli mowa o tym ostatnim, to jest to wysoki poziom. A wracając raz jeszcze do porównań z późniejszym "Za garść dolarów", to jak się okazuje również motyw muzyczny nie pozostaje w nim bez wpływu oryginału, a to z powodu jego komentującej właściwości. Muzyka jest sposobem charakteryzowania głównego bohatera i sytuacji, a nie tylko emocjonalnym tłem. Jedynym mankamentem może być dziura w scenariuszu, jaką stanowi początkowy brak rodziny kowala, dość późne pojawienie się Unosuke (Tatsuya Nakadai) - brata Ushitory i porwanie kobiety, która jawi się jako deus ex machina. Leone już od początku sygnalizuje wyraźnie istnienie kowala i jego żony, a także wątek z nimi związany. Mimo wszystko, przez wzgląd na plagiatowość późniejszego dzieła oraz grę Mifune, "Straż przyboczną" stawiam wyżej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz