piątek, 18 listopada 2011
"Pijany anioł"
Zgoła niemetodyczne podejście do oglądanych filmów jest moim grzechem. Pomieszanie z poplątaniem, wszak "Pijany anioł" został zrealizowany przez Akirę Kurosawę w 1947 r. i jest pierwszym dziełem Cesarza Kina, w którym pokazał się Toshirō Mifune. Obejrzałem go jednak dopiero teraz, a więc już po "Rashōmon", "Siedmiu samurajach", "Tronie we krwi" i "Straży przybocznej" (te również oglądałem, gwałcąc chronologię). Nie lada nowością było więc dla mnie osadzenie akcji w świecie współczesnym reżyserowi. Potraktowałem to jako szansę poszerzenia perspektywy i możliwość zorientowania się, na ile moja ocena wcześniejszych filmów wynika z historycznego sztafażu, a na ile z ich rzeczywistej wartości. Oczywiście nie jestem też aż takim optymistą i ignorantem, by sądzić, że jedno dzieło (w dodatku bardzo wczesne) definitywnie odpowie mi na te pytania.
W "Pijanym aniele" nie zobaczymy samurajskich mieczy, a krwi wystarczy na postrzeloną dłoń i krwotok spowodowany gruźlicą. Akcję możemy usytuować w czasach współczesnych, tuż po zakończeniu II Wojny Światowej. W niewielkiej miejscowości (film kręcony w plenerze, ale pod względem scenograficznym wypada dość ubogo) urzęduje doktor Sanada (Takashi Shimura). Pewnego wieczoru ma wątpliwą przyjemność gościć u siebie gangstera Matsunagę (Toshirō Mifune). Gangster z tych wymuszonych odwiedzin czerpie jeszcze mniej przyjemności, ponieważ oberwał w dłoń, a lekarz bynajmniej nie kwapi się ze znieczuleniem przy wyjmowaniu kuli i zszywaniu. Mniejsza jednak o te szczegóły, bardziej martwi go rzucona w międzyczasie ogólna diagnoza Sanady. Według lekarza Matsunaga najprawdopodobniej ma kłopoty z płucami, a najbardziej prawdopodobne jest to, że cierpi na gruźlicę. Następnie jesteśmy świadkami wielodniowych podchodów obu panów; jeden bardzo chce leczyć drugiego, drugi bardzo chce być wyleczony, ale nie uśmiecha mu się zerwanie z dotychczasowym trybem życia. Boczy się więc, jest agresywny, co skutkuje tym, że lekarz nie pozostaje dłużny. Sprawę komplikuje powrót z więzienia gangstera Okady (Reisaburô Yamamoto), który wymaga od Matsunagi większego zaangażowania w przestępczym światku. Jak to u Kurosawy, ludzi idealnych nie ma, ale droga etycznie bardziej wartościowa i słuszna, istnieje. Pytanie tylko, czy Matsunaga tę drogę wybierze.
Spotkałem się z zarzutami niezrozumiałości, ale według mnie "Pijany anioł" jest obrazem czytelnym. Film pokazuje konsekwencje pewnego sposobu życia, tak jak napisałem nie wybiela bohaterów (doktor Sanada nadużywa alkoholu), jednocześnie buduje wyraźne opozycje (Matsunaga - dziewczynka, która chce się leczyć i wyzdrowieć). Także warstwa symboliczna nie jest trudna do wychwycenia (są to powracające zdjęcia bagna, znajdującego się w centrum miasteczka, kwiaty symbolizujące życie; życie za które w końcu trzeba będzie zapłacić najwyższą cenę). Niejednoznaczna jest postać Matsunagi, a dokładniej mówiąc, jej tragizm. To chyba jest główny walor "Pijanego anioła", inaczej byłaby to opowiastka dydaktyczna, poprzetykana morałami doktora Sanady (ten obszerny komentarz nie pozostawia zbyt wiele możliwości interpretacyjnych). A Matsunaga? No właśnie, czasami budzi skojarzenia z...buntownikiem bez powodu. Ta narowistość "bez powodu" może być irytująca, niemniej Mifune podszedł progresywnie do postaci, uwieloznaczniając ją z czasem, pogłębiając jej wizerunek i nadając jej wymiar tragiczny. I z tego czysto psychologicznego, empatycznego powodu warto jest zobaczyć "Pijanego anioła". Okalająca główny wątek warstwa dydaktyczna jest jednak zbyt jaskrawa, za bardzo odsłania konstrukcyjne założenia dzieła. A według mnie nie o to chodzi w filmie. Film zapowiada już wielką przyszłość obu panów, ale nie dorównuje późniejszym dziełom. Nikt jednak nie straci czasu, oglądając "Pijanego anioła".
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz