czwartek, 24 listopada 2011
"Noce Cabirii"
Federico Fellini podczas kręcenia "Nocy Cabirii" musiał być myślami jeszcze przy zrealizowanej trzy lata wcześniej "La Stradzie", bowiem dzieło to wykazuje wiele podobieństw do stworzonego wcześniej filmu. A może to Pier Paolo Pasolini przeforsował w scenariuszu wizję kobiety, która mija się z miłością, a właściwie kobiety, której nie dane było przeżyć czegoś wielkiego? Jest jeszcze jedna opcja: taką perspektywę mogła zasugerować swoją aparycją, charakterystyczną grą i emocjonalnym ładunkiem skumulowanym w tejże grze, Giulietta Masina. Być może wszystkie czynniki odegrały tu swoją rolę. Jakkolwiek by nie było, "Noce Cabirii" nie urzekły mnie tak mocno jak "La Strada". Ale po kolei.
Miłość jest więc tematem głównym "Nocy Cabirii". Tak jak i w "La Stradzie", tak i tutaj nie dochodzi do jej spełnienia, tyle, że tam wynikiem jest wielkie nieporozumienie, rozminięcie się, nieświadomość, tutaj natomiast źródłem niepowodzeń jest prawdziwie gorzki świat, w którym zło i materializm zdają się triumfować. Maria "Cabiria" Ceccarelli jest rzymską prostytutką, która żyje w malutkim domku na obrzeżach miasta. Nie jest szczególnie ładna (chociaż znaleźliby się amatorzy jej urody), a do tego odstrasza trochę swoją chaotycznością. Kolejni mężczyźni wykorzystują ją z przyczyn czysto materialnych, a ona wciąż ulega wierze, że ten następny będzie tym jedynym, który naprawdę ją pokocha. I rzeczywiście pojawia się taki, który zupełnie nie przypomina poprzednich, interesownych osobników - Oscar D'Onofrio (François Périer). Cabiria jest przekonana, że nareszcie spotkało ją szczęście. Sprzedaje domek i wyjeżdża z ukochanym...
Brzmi banalnie, ale czasami tak bywa, że to forma czyni treść banalną i schematyczną. Tego z pewnością nie można powiedzieć o "Nocach Cabirii". Jedynym zarzutem może być pewna tendencja do piętrzenia nieszczęść nad główną bohaterką. Nie rzuca się to jednak mocno w oczy dzięki umiejętnemu operowaniu emocjonalnymi środkami. Odbiorca nie jest dręczony intensyfikacją uczuć, wybuch przychodzi dopiero w zakończeniu i jest w pełni uzasadniony. Sama historia jest pesymistyczna w treści i wskazuje na silny determinizm społeczny, w którym nie każdej jednostce dane jest przeżyć szczęścia, a wszystko to z powodu uwarunkowań zewnętrznych. Oczywiście w takiej klatce bohaterka umieszczona zostaje ręką reżysera, wszak w rzeczywistości mamy większe pole manewru, a nasza wolna wola nie jest całkowitą iluzją. W "Nocach Cabirii" tytułową bohaterkę w ręce kolejnych manipulantów popycha przypadek i ograniczone perspektywy, wynikłe ze statusu społecznego (oczywiście nie wiemy, jak bohaterka znalazła się w takiej sytuacji, nie wiemy nic o możliwościach wyboru). Cabiria została ograniczona już w zamyśle, a jej życie przypieczętowane tymże reżyserskim zamysłem wyrosłym na gruncie naturalistycznych, deterministycznych i fatalistycznych ciągotek (Pasolini maczał w tym palce?). W "La Stradzie" ludzie błądzą, ludzie się mijają, wszystko zależało od nich... Tutaj tak nie jest.
Film warto jednak obejrzeć, chociażby dla Giulietty Masiny, która za swoją rolę dostała Złotą Palmę. Jej bohaterka jest równie chaotyczna jak Gelsomina z "La Strady", ale już nie tak autystyczna. W postaci Cabirii jest więcej dynamiki i wulgarności. Tym większe słowa uznania, gdy weźmie się pod uwagę, że te przykre konsekwencje charakterologiczne wyrosłe na gruncie uprawianego zawodu, trzeba było złożyć z potrzebą miłością i pragnieniem przeżycia czegoś głębszego. Żadnej pozy w grze Masiny nie ma; żadnego konwencjonalnego, dramatycznego gestu, jest to zapewne jedna z bardziej naturalnych aktorek w historii kina i to też decyduje o niezwykłej sugestywności tej gry oraz empatycznej umiejętności zaangażowania widza w opowiedzianą historię. Dla tej aktorskiej kreacji warto pochylić się nad filmem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz