poniedziałek, 10 października 2011

"Trzy kolory: Niebieski"



Swojego czasu znęcałem się nad "Krótkim filmem o zabijaniu" Krzysztofa Kieślowskiego. Mocno tam sobie pofolgowałem w epitetach, a wydźwięk tekstu mógł być taki, że wspomniany twórca kiepskim reżyserem był. Oczywiście piszę o tym przy całej świadomości niebytu, w którym funkcjonuje moja skromna osoba. Teraz po obejrzeniu dwu pierwszych filmów ze słynnej trylogii Kieślowskiego odczuwam pewne zażenowanie w związku z tamtą recenzją. Naturalnie moje krytyczne zdanie o "Krótkim filmie o zabijaniu" nie zmieniło się, ale mogłem przystopować trochę. Chociażby z szacunku, a szacunek należy się Kieślowskiemu za trylogię i pewnie nie jeden jeszcze film, którego nie miałem okazji oglądać.

Niebieska część "Trzech kolorów" opowiada historię Julie (Juliette Binoche), która traci w wypadku samochodowym męża i pięcioletnią córkę. Nie łatwo jest zawrzeć w słowach to, co dzieje się później. W streszczeniu mieści się bowiem próba interpretacji filmu. Julie zostaje sama, ale otacza ją przeszłość i wspomnienia. Pragnie się od niej uwolnić, ale jednocześnie każdy, kto doświadczył straty wie, że nie jest to takie oczywiste i proste. To nie są jakieś zero - jedynkowe zmagania z przeszłością, ale konglomerat różnych emocji. Od prób radykalnego wyparcia przez długie stany depresji po niespodziewane nawroty wspomnień, które często przynoszą nowy obraz utraconych osób, co nie rzadko potęguje tylko ból. To wszystko jest w pierwszej części trójkolorowej trylogii. Finał nie stawia przed nami jednoznacznych rozwiązań.

Tradycyjnie wiąże się niebieską część z ideą wolności (odniesienie trzech kolorów do francuskich barw narodowych i rewolucyjnych idei wolności, równości i braterstwa). W perspektywie socjalnej Julie wolność znajduje, żyjąc samotnie po stracie męża i córki w innym mieszkaniu. Ale wiążą ją wspomnienia i ludzie, którzy odeszli i którzy są żywym przypomnieniem utraconych osób. Na tej egzystencjalnej płaszczyźnie to inne wartości okazują się ważniejsze. Są nią wiara, nadzieja i miłość, szczególnie ta ostatnia. Nie zawsze dają szczęście, ale głębiej dotykają człowieka i sprawiają, że człowiek nie jest do końca wolny. Kieślowskiemu nie towarzyszy jednak żadna deterministyczna ani behawiorystyczna chęć wpisania człowieka w ograniczające ramy. To są wartości, które dotykają metafizyki i wykraczają poza rozróżnienia socjalne.

"Trzy kolory: Niebieski" jest filmem pięknym od strony wizualnej. Za zdjęcia odpowiadał Sławomir Idziak. Rzadko spotyka się filmy, które tak subtelnie, a jednocześnie mocno i boleśnie opowiedziałyby czyjąś historię. Duża w tym zasługa także aktorów, ale nade wszystko Juliette Binoche, której przyszło oddać żal, smutek, depresję, chęć zapomnienia; dla tej mniej lub bardziej zbliżonej z pozoru skali emocji stworzyła całą gamę odcieni. Dawno nie widziałem tak głęboko i autentycznie odegranej roli, ba, wyrażenie "odegrana rola" wprowadza tu nieprzyjemny dysonans. Oglądając niebieską część nie widać roli, tylko spójną, jedną historię i jej dramat. Dopełnieniem jest muzyka Zbigniewa Preisnera, momentami może zbyt patetyczna, ale patrząc całościowo, obraz i sposób pokazania historii dotrzymują jej kroku. A nie zawsze jest to takie oczywiste. Ileż to razy podniosła muzyka towarzyszy sztampie i zużytym, wyświechtanym kliszom. Tak jednak nie jest w dziele Kieślowskiego. Tutaj taka muzyka ma swoje uzasadnienie.

"Trzy kolory: Niebieski" jest dla mnie filmem ważnym z jeszcze jednego powodu. Pokazuje, że o bólu, stracie, pustce, a nawet beznadziei można mówić pięknie i wcale nie trzeba przy tym zapominać o wartościach. Nawet jeśli są trudno osiągalne, to ich obecność jest wyczuwalna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz