niedziela, 16 października 2011
Trzy kolory: Czerwony
Pozwolę sobie na opis niezgodny z chronologią powstawania poszczególnych części trylogii Krzysztofa Kieślowskiego i pominę póki co "Trzy kolory: Biały". Najprawdopodobniej zrecenzuję go jeszcze w najbliższym czasie, ale wolę korzystać z najświeższych wrażeń. Tak się bowiem złożyło, że białą część obejrzałem jako pierwszą dwa tygodnie temu, a czerwoną wczoraj. Nie chcę więc, żeby cokolwiek ulotniło się i umknęło mojej pamięci, a jest o czym pisać. Siedzę teraz, słuchając muzyki Zbigniewa Preisnera i na samo wspomnienie trylogii Kieślowskiego ogarnia mnie wzruszenie. U jego źródeł nie stoi ckliwość czy współczucie dla losów bohaterów, ale zachwyt każdym pojedynczym drgnieniem, sekwencją, w końcu całością. Ale wracając do "Czerwonego"...
Ta część tak jak poprzednie charakteryzuje się świetnie poprowadzonym scenariuszem, który bez sztucznych, efekciarskich fajerwerków potrafi skupić na sobie uwagę widza; pochłonąć. "Trzy kolory: Czerwony" jest przy tym jeszcze bardziej misterny od "Niebieskiego" i "Białego". Misterność ta wynika z równoległego prowadzenia kilku wątków, które jednak harmonijnie egzystują obok siebie, potem doskonale nakładają się, a w pewnym momencie łączą się na poziomie metaforycznym. Na pierwszym planie mamy Valentine (Irene Jacob), młodą modelkę, która musi radzić sobie z rozłąką z chłopakiem (wyjechał za granicę). Jedynym kontaktem z ukochanym pozostają dla niej rozmowy telefoniczne. Pewnej nocy Valentine potrąca psa. Po adresie na obroży dziewczyna trafia do właściciela, którym okazuje się zgorzkniały emerytowany sędzia (Jean-Louis Trintignant). Dość szybko wychodzi na jaw tajemnica mężczyzny, który przy pomocy odpowiedniej aparatury podsłuchuje rozmowy telefoniczne sąsiadów. W ten sposób poznajemy bliżej innego, do tej pory niemego bohatera tego filmu, Augusta (Jean Pierre - Lorrit), młodego studenta prawa, który spotyka się z Karin (Frederique Feder) i wydaje się, że nie może być szczęśliwszy. Przez cały ten czas poznajemy też enigmatycznego sędziego, nawet wtedy, kiedy wydaje nam się, że widzimy coś innego. I to już jest metaforyczny i nostalgiczny poziom tego filmu.
Naprawdę ciężko jest skoncentrować wszystkie zachwyty na jednym aspekcie filmu, bowiem piękno "Czerwonego" budują różne elementy, a jednak trudno nie zacząć od ukłonu w stronę kreacji aktorskich, głównie Irene Jacob i Jeana-Louisa Trintignant. Jego sędzia pozornie wydaje się na początku odpychający i zgorzkniały, a jednak od tego samego początku intryguje widza tak samo jak zaintrygował Valentine. Dziewczyna podaje mu dłoń i wyciąga z czarnych, pesymistycznych myśli, ale okazuje się, że mężczyzna ma więcej do zaoferowania niż można by się początkowo spodziewać; doświadczenie, mądrość, wspomnienia i wielką wrażliwość. Oczywiście ich relacja nie ma charakteru romansowego. To jest korespondencja przeszłości z teraźniejszością i przyszłością. Pięknie opowiedziana przy pomocy wspomnianego wątku Augusta.
Trzy kolory: niebieski, biały, czerwony. Wolność, równość, braterstwo - nieprzystępny, utopijny kolaż idei, niemożliwy do zrealizowania, niemiły memu uchu, a jednak w filmie Kieślowskiego uzyskuje inny wymiar. Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek wypowiem się pozytywnie o tym zestawie rewolucyjnych haseł. Dlaczego robię to teraz? W zasadzie nic się nie zmieniło w moim stosunku do tych idei (abstrahuję od wolności jako osobnej wartości), ale w trylogii Kieślowskiego nie ma za grosz - ale to za grosz - ducha jakiegokolwiek instytucjonalizmu. Idee te funkcjonują w tych filmach na poziomie najbardziej osobistym, jednostkowym, dotykającym najbliższych relacji. Nie mieszczą się w statusie socjalnym ani poprawności politycznej, lecz w żywej, głębokiej tkance uczuć, które często można wyrazić już tylko obrazem, bo słowa sobie nie poradzą. Ten problem pokazuje wielki kunszt Kieślowskiego, bo wyciągnął on z filmowego języka to, co w nim najpiękniejsze. Mówił obrazami w sposób perfekcyjny.
Trylogię zamyka scena, której zbieg okoliczności i symbolika, jak nigdzie znajduje swoje uzasadnienie i piękne dopełnienie. Pisałem już w kontekście "Niebieskiego", że Kieślowski nie prostował życia i nie malował czarno - białej wizji świata. To jest bardzo trudny świat. Teraz po obejrzeniu całej trylogii mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że pokazał trudny świat, w którym jest jednak miejsce na piękno i wartości. Nie da się opowiedzieć o tych trzech filmach w kilkunastu akapitach, bo tak jak napisałem, Kieślowskiemu udało się osiągnąć nieprzekładalność obrazu na słowa. Arcydzieło.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz