poniedziałek, 17 października 2011

"Tam, gdzie śnią zielone mrówki"


Werner Herzog znany jest z tego, że lubi kręcić filmy w mniej lub bardziej egzotycznych zakątkach świata, wystarczy tu wspomnieć "Aguirre, gniew boży", "Fitzcarraldo" czy "Pod wulkanem", ale prawdę mówiąc natura - nie zawsze egzotyczna - jest zawsze w tle jego filmów. Najczęściej jednak nie staje się ona okazją do konfrontacji z kulturą; nawet przy pokazywaniu odrębnych społeczności nie dochodziło do takiego starcia, ponieważ na planie pierwszym była u Herzoga jednostka, a już szczególnie w filmach z Klausem Kinskim. To pasja jednej osoby i jej charakterystyka stanowiły treść filmów. "Tam, gdzie śnią zielone mrówki" wpisuje się jednak w klasyczny podział na cywilizację i pierwotną kulturę, a właściwie "naturę", którą tutaj reprezentują Aborygeni.

Akcja filmu i jej fabuła są dość statyczne. W pustynnych okolicach Australii górniczy koncern chce rozpocząć odwierty w poszukiwaniu złóż rudy uranu. Problemem okazują się jednak rdzenni mieszkańcy tej ziemi, Aborygeni, którzy nie chcą zgodzić się na prace białych, ponieważ może to zburzyć sen zielonych mrówek. Wedle ich mitologii (warto wiedzieć, że legendę zielonych mrówek wymyślił sam Herzog na potrzeby filmu) może mieć to opłakane sytuacje dla świata. Kierujący pracami inżynier, Lance Hackett (Bruce Spence) stara się zrozumieć intencje kierujące Aborygenami, ale nie przychodzi mu to z łatwością.

Historia wydaje się prosta, a jej fundamentem jest konfrontacja dwu odrębnych kultur, mentalności i sposobów istnienia w świecie. Napisałem, że Aborygeni są problemem dla koncernu, ale problemem jest również koncern dla rdzennych mieszkańców. Film nie jest oczywiście zrobiony w duchu ślepego proekologizmu, chociaż pojawiają się w nim elementy adoracji mitu "dziecka natury" i negacji cywilizacyjnego postępu, bardziej jednak istotne są treści duchowe, które wykraczają daleko poza te łatwe podziały i powierzchowne gesty miłośników natury. Różnice na tym polu najlepiej pokazuje rozmowa Hacketta z Miliritbi (Wandjuk Marika), w której pierwszy raczy drugiego dość abstrakcyjnymi wywodami i retorycznymi pytaniami o fizyczne istnienie świata, na co ten drugi odpowiada: "Wy biali ludzie jesteście straceni. Nie rozumiecie ziemi. Wasza obecność na ziemi zmierza do końca. Wasze życie pozbawione jest treści i celu". Mowa jest więc o utraconym pierwiastku duchowym; pierwiastku, który wciąż obecny jest w życiu Aborygenów, chociaż i oni ulegają zauroczeniu niektórymi wynalazkami cywilizacji. "Tam, gdzie śnią zielone mrówki" nie daje jednoznacznej odpowiedzi w kwestii wyboru drogi życiowej i niektórzy mogą go zinterpretować w duchu całkowitego odrzucenia cywilizacji. Wzorem mogą stać się Aborygeni. Myślę, że bardziej chodzi jednak o samą esencję istnienia, z którą powiązany jest wymiar duchowy, a nie zewnętrzny zestaw rytuałów. Nasza cywilizacja również miała taki zestaw. Herzog pokazuje też, że myślenie magiczne, irracjonalne jest też właściwe nam samym. Dowodzi tego postać panny Strehlow (Colleen Clifford), która czeka godzinami przed tunelem na swojego zgubionego psa.

Osobiście za bardziej wartościową od treści uznaję stronę wizualną filmu i sam sposób pokazania nam obu kultur. Zdjęcia doskonale wydobywają na wierzch statyczność Aborygenów i ich zawieszenie w świecie magii i symboli, podczas, gdy nasza cywilizacja zaprezentowana jest w ujęciach dynamicznych. To samo dotyczy oczywiście bohaterów obecnych po obu stronach. Jedna rzecz rzuciła mi się w oczy i w kontekście myśli zawartych w poprzednim akapicie może być istotna. Przenikanie się obu kultur okazuje się nie do końca możliwe, a raczej nie tyle niemożliwe, co nie naturalne. Tę sztuczność potwierdza postać jednego z Aborygenów, który "liznął" trochę naszej cywilizacji, a zarazem wciąż żyje w społeczności swoich braci i sióstr. Jego zachowanie, gesty, mowa wykluczają go już jednak w pewnym sensie poza obręb magicznej kultury, a jednocześnie pokazują, że nie mieści się on w ramach postępu i cywilizacji. Utracił siebie. Pomiędzy dwoma światami żyje też Arnold (Nick Lathouris), znawca kultury Aborygenów, który pała nienawiścią do cywilizacji i ludzi zachodu. Nie trudno jednak zauważyć, jak odległy jest jego temperament i sposób myślenia od tego, co prezentują rdzenni mieszkańcy. Także tutaj bariera jest nie do przekroczenia. "Tam, gdzie śnią zielone mrówki" pokazuje więc rzeczywisty problem duchowego wyjałowienia naszej kultury, ale dają też do zrozumienia, że utraconej duchowości nie powinniśmy szukać w egzotyce. Szacunek jest wymagany i o tym mówi film Herzoga, ale czy beztroska wymiana jest możliwa? Raczej nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz