wtorek, 25 października 2011

"Danton" (1982)


O dobrą ekranizację nie jest łatwo; o wybitną jest jeszcze trudniej, a kiedy literacki pierwowzór ociera się o wybitność, to reżyser staje niemal przed rzeczą niemożliwą. Może nakręcić film dobry, a nawet bardzo dobry, a jednak nie sięgnie poziomu pisanego utworu. "Danton" Andrzeja Wajdy jest filmem bardzo dobrym, jednak "Sprawa Dantona" Stanisławy Przybyszewskiej jest utkana z tak subtelnej sieci emocji i namiętności; tak fenomenalnie unurzana w morzu ludzkich konfliktów, że próba przeniesienia tego na ekran byłaby rzeczą nieprawdopodobną. Takie dzieła istnieją i można wyczuć, kiedy reżyser wydobywa z nich konieczne dla własnej wizji maksimum. Wajda to maksimum wydobył w "Dantonie".

W filmie przenosimy się do Francji roku 1794, już po usunięciu z pola walki frakcji hebertystów. Na scenie pozostał Konwent, na który wielki wpływ miał Człowiek Dziesiątego Sierpnia, czyli Georges Danton (w tę rolę wcielił się Gérard Depardieu) i władza wykonawcza, a właściwie realna władza w Republice, czyli Komitet Ocalenia Publicznego, z Maksymilianem Robespierrem (Wojciech Pszoniak) na czele. Sytuacja jest bardzo napięta, a rzecz idzie o dominację w rządzie. Upraszczając nieco sprawę, Robespierrowi stoi na przeszkodzie Danton, dla którego terror nie jest już wyjściem; ten drugi zaś chciałby zneutralizować zapędy dyktatorskie Nieskazitelnego (przydomek Maksymiliana). Jak się zakończyła ta walka, wszyscy wiemy, jednak zwycięzcy nie przyszło się długo cieszyć z wygranej.

Sprawa oczywiście nie jest jednoznaczna i nawet w filmie - który z racji formy nie może przekazać całego splotu okoliczności i motywów - Wajda pozwolił sobie na lekkie zarysowanie tej niejednoznaczności. Nie wiemy więc, czy Danton sam nie myślał o dyktaturze; nie wiemy też na ile Robespierrem kierowały ślepe ideały, a w jakiej mierze był to tylko cynizm władzy. Są to jednak tylko ślady wieloaspektowości "Sprawy Dantona" Przybyszewskiej, której często próbowano wmówić wartościowanie na korzyść Robespierre'a i to zarówno ze strony endeków, jak i apologetów demokracji. Istotnie autorka dramatu nadała głębi postaci jakobińskiego dyktatora, ale jeśli można mówić o obiektywizmie w jakichś dziełach, to jej "Sprawa Dantona" miałaby prawo znaleźć się w tym spisie. U Wajdy wartościowanie zachodzi wyraźnie na korzyść Dantona, chociaż pojawiają się napomknięcia o jego zgoła niepraworządnych wyczynach. Robespierre jednak przegrywa w moralnym starciu z pełnokrwistym człowiekiem, który mówi o zmęczeniu terrorem i potrzebie wprowadzenia spokoju w życie ludzi. Jakobin jawi się jako zimna maszyna, która chciałaby wnieść człowieka na niedosiężne szczyty, a tam, jak wspomina w filmie Danton, człowiek może się już tylko udusić z braku powietrza. Rewolucja Francuska ma to do siebie, że aktorzy schodzili z niej kolejno całymi frakcjami. Gdy spojrzeć na nią całościowo jawi się jako absurd (Żyronda i Danton też mieli krew na rękach), jednak gdy zaczniemy wyszczególniać i zestawiać poszczególne postacie z pewnego wycinka, to zaczynamy wartościować. I tutaj też mimowolnie zajmujemy pozycję po stronie dantonistów. Myślę, że warto o tym pamiętać, by nie ulec złudzeniu stawiania prostych opozycji, które terror jakobiński sytuują po złej stronie, a resztę po dobrej, bo przecież nic nie może być gorsze od krwiożerczości frakcji Robespierre'a.

Wracając do samego filmu, to nie byłby on nawet w połowie tak dobry, gdyby nie świetne role aktorów i doskonałe wyczucie ducha czasów (przynajmniej możemy podejrzewać, że tak to mniej więcej wyglądało). Przede wszystkim zwraca uwagę gra głównych antagonistów. Depardieu na początku wbił się klinem w mój obraz Dantona, bo widziałem w nim więcej błazna niż wielkiego demagoga i trybuna ludu, ale szybko odzyskał w moich oczach i pokazał tę fascynującą dychotomiczność słynnego rewolucjonisty, w którym żądza życia i używania mieszała się z dużą inteligencją, wyczuciem czasów i znajomością człowieka. Robespierre Pszoniaka to człowiek ze stałą maską i być może trochę przesadnie ujednoznaczniony (o bogowie! nie spodziewałem, że kiedykolwiek to powiem!), wszak nawet gdy idzie o Kamila Desmoulinsa, przyjaciela, którego wysłał na gilotynę, nie wychodzi poza tę maską, co najwyżej pozwala sobie na niewyraźny skurcz. Przybyszewska poszerzała tu znacznie spektrum emocjonalne tej postaci. Mam wrażenie, że Pszoniak trochę uciekł za stereotyp, a tajemnica Robespierre'a wciąż pozostaje nieodkryta. Czuję się tutaj w obowiązku zaznaczyć, że chodzi mi tylko o psychologiczne podłoże, bowiem moralna ocena jego czynów (i nie tylko jego) jest dla mnie bezdyskusyjna. Ciekawe zestawienie wiąże się też z frakcją jakobinów. Zagrali ich wyłącznie Polacy i to nie byle jakie nazwiska: Jerzy Trela, Andrzej Seweryn (szczególnie Ci dwaj się wyróżniają) Bogusław Linda (tu jeszcze z czasów, kiedy nie zabrała go bezpowrotnie maniera z "Psów"), Marek Kondrat, po drugiej stronie można zwrócić uwagę na rolę Patrice'a Chereau jako Kamila Desmoulinsa, acz trzeba zauważyć, że jego wątek nie jest aż tak mocno wyeksponowany jak w pierwowzorze literackim.

Dopełnieniem aktorskiej śmietanki, która tworzy fundament filmu jest doskonała scenografia i kostiumy, które przenoszą nas w ostatnie lata XVIII wieku oraz posępna muzyka Jeana Prodromidèsa, która buduje obraz pełen grozy i fatalizmu. Rewolucja u Wajdy jest bowiem, pomimo dość pozytywnego zarysowania postaci Dantona, teatrem absurdu, w którym ideał nie dotknął nawet nawet na chwilę ziemi, o czym mówi ostatnia świetna scena filmu. Warto obejrzeć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz