sobota, 29 października 2011
"Rashōmon"
Tytułowy Rashōmon jest nazwą miejsca, bramy. To tam w deszczową pogodę spotkają się trzej podróżnicy. Z braku laku i w perspektywie dłuższego pobytu w tym miejscu (a to z racji wspomnianej ulewy) jeden z mężczyzn, drwal, zostaje nakłoniony do opowiedzenia dziwnej historii. Ot historia jakich wiele, rzekłby ktoś. Drwal pewnego razu znalazł w lesie ciało martwego mężczyzny i kobiecy kapelusz, następnie został wezwany przed sąd jako świadek. Przedstawił swoją wersję wydarzeń, potem zrobił to złapany bandyta, kobieta, która odnalazła się w świątyni i...zamordowany mężczyzna po przez medium. Pozornie powinniśmy wiedzieć wszystko, bo też nie jest to klasyczna kryminalna zagadka. W rzeczywistości różne punkty widzenia stawiają nas przed jedną wielką niewiadomą.
Tradycyjnie już filmowi Akiry Kurosawy przypisuje się podjęcie tematu poznawalności prawdy. Istnienia prawdy nie da się zaprzeczyć, wszak do morderstwa doszło, sąd został zwołany; krótko mówić coś się rzeczywiście wydarzyło. Inną sprawą jest, czy dane jest człowiekowi poznać tę prawdę, czy też raczej zawsze będzie ona skalana subiektywizmem i zapośredniczona w naszym osobistym postrzeganiu świata. Takie myślenie może doprowadzić do nieciekawych konstatacji i przykrych wniosków o człowieczej egzystencji w ogóle. W końcu sam opowiadający historię też ją w jakiś świadomy bądź nieświadomy sposób modyfikuje. Nad "Rashōmonem" nie rozpościera się wyłącznie ogólny problem obiektywnej prawdy. Każde z zeznań mówi nam też wiele o samych bohaterach dramatu; o ich pragnieniach, kompleksach, strachu. Te odczucia eksponowane w każdym kolejnym opowiadaniu demaskują opowiadającego, a pośrednio mówiąc nam też coś o prawdziwej sytuacji. Kurosawa nie pastwi się jednak nad człowiekiem. Trzeba podkreślić koniec filmu, który łagodzi gorzką prawdę (?) o człowieku i jego możliwościach poznania. Poza tym, nie dajmy się uwieść, mowa jest przecież o konkretnej sytuacji, w której rolę grają wyłącznie zeznania świadków, a nie dowody rzeczowe czy też czysta empiria. Te pozostawiają nam szanse na poznanie tej prawdy. A człowiek...cóż...
Zostawiam jednak analizę treści tego filmu, ponieważ dałoby się tu znacznie więcej powiedzieć i polemizować. "Rashōmon" jest świetny od strony formalnej. Zachwyca sama narracja łącząca spójność obrazu ze złożonością formy, achronologia i umiejętne dynamizowanie akcji. Film rozpoczyna się od schematu powieści szkatułkowej, w której schemat kryminalny gra dużą rolę. Nagle spostrzegamy jednak, że zostaniemy wystawieni na próbę fałszywych zeznań i kiedy już się oswoimy z tą formułą, okazuje się, że całą historię musimy wziąć nawias. Ten cios spada na nas dość niespodziewanie i rzeczywiście pod znakiem zapytania stawia możliwość poznania, ale też i same człowieczeństwo, w końcu nic to optymistycznego, że człowiek jawi się jako kłamca. Narracja swoją drogą, ale do tego dochodzą też zdjęcia, za które odpowiadał Kazuo Miyagawa. Łączą w sobie zarówno piękno natury i krajobrazu, chociaż mowa tu nie o naturze w realistycznie rozumianej konwencji, ale baśniowości i magii, jak i doskonałe eksponowanie bohaterów dramatu, czy to w ruchu, czy też w statycznych ujęciach. Ciężko jest tutaj wyróżniać jakieś sceny, bowiem właściwie każdą z nich można by się zachwycać. U mnie zaczęło się od samego początku, wraz z kamerą podążającą za drwalem w leśnej gęstwinie. Ale przecież do tego dochodzą sceny zeznań, walki, rozpaczy, niewzruszonej postawy męża. Pytanie brzmi, czy kamera jeszcze bardziej subiektywizuje rzeczywistość, a może przeciwnie, rozbiera bohaterów z ich osłonek i wydobywa emocje na światło dzienne pomimo przefiltrowanej przez "ja" narracji?
Wreszcie aktorzy. Nie można im niczego ujmować, ba, śmiem twierdzić, że pomimo formalnego mistrzostwa zdjęć, muzyki i narracji, to ich artyzm buduje w dużej mierze piękno filmu. Najbardziej absorbuje nas gra Toshirō Mifune w roli bandyty, a to z racji niezwykłej ekspresji wyniesionej z tradycji teatru kabuki. Jest to jednak ekspresja, która nie tworzy nadętego balonu i nie wykracza poza esencję i psychologię postaci. Przeciwną rolę miał Masayuki Mori w roli samuraja i męża. W tym wypadku aktor więcej musiał powiedzieć milczeniem i bezruchem, aniżeli ekspresją. Z zadania tego wywiązał się świetnie, co więcej to dumne milczenie zostaje złamane punktem widzenia drwala, który umniejsza wartość zarówno bandyty i jak samuraja. Mąż zdemaskowany zostaje jako nieczuły i bardzo tchórzliwy mężczyzna. Chyba najwięcej niedomówień buduje postać żony, w którą wcieliła się Machiko Kyô. Jej gra warunkowana jest także punktem widzenia, od biernej zdobyczy, po przez skrzywdzoną kobietę, która musi wybierać, zdradziecką żmiję. Do wyboru do koloru. Wreszcie pozostaje Takashi Shimura w roli nieco strachliwego i interesownego drwala, ale w gruncie rzeczy też bardzo ludzkiego. Jego gra mówi wiele postaci. W ogóle w zależności od tego, kto w danym momencie zeznaje, warto jest zwrócić uwagę na to, jak jest kreowana w opowiadaniu postać opowiadającego.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz