wtorek, 20 września 2011

"Upadek domu Usherów" (1928)


Mało jest pisarzy, których twórczość była eksploatowana w kinie tak mocno, jak w przypadku Edgara Allana Poe'a. Upodobali go sobie różni twórcy impresjonistyczni, ekspresjonistyczni, awangardowi. "Upadek domu Usherów" (1928) w reżyserii Jeana Epsteina jest właśnie przykładem takiej eklektycznej wersji utworu napisanego przez Amerykanina. Eklektyzm ten przejawia się nie tylko w formie, ale również na płaszczyźnie fabularnej. W istocie film opiera się nie tylko na tytułowym "Upadku domu Usherów", ale także na "Owalnym portrecie" i "Przedwczesnym pogrzebie". Szczególnie ten przedostatni jest wyraźnie wyeksponowany na początku filmu, co przyczynia się do niepotrzebnego rozwarstwienia dzieła.

Zaczyna się wzorem literackiego pierwowzoru od listu, w którym Sir Roderick Usher (Jean Debucourt) zaprasza dawno nie widzianego przyjaciela, Allana (Charles Lamy) do swojej posiadłości. Mężczyzna przybywa do domu i jest świadkiem mniej lub bardziej dziwnych wydarzeń. Sir Roderick jest zajęty malowaniem portretu żony, Madeleine (Marguerite Gance). Łatwo zauważyć, że podchodzi do tego niezdrowo - pragnie wnieść życie w portret ("Owalny portret" kłania się i oczywiście mit Pigmaliona). Nie zauważa jednak, że odbywa się to kosztem realnej Madeleine, która zaczyna tracić siły i umiera. Ale to nie jest koniec tej historii. Jak to u Poe'a bywa, granica między życiem a śmiercią okazuje się płynna.

Jak już wspomniałem to fabularne rozwarstwienie niekoniecznie musi się podobać. Pozornie dało się to połączyć w logiczną całość, ale na polu symbolicznym "Owalny portret" i "Upadek domu Usherów" rozbiegają się w innych kierunkach, toteż łączenie ich nie jest do końca trafionym pomysłem. Film oglądałem niestety w przerażająco słabej jakości (domyślam się, że nie jest łatwo znaleźć dzisiaj lepszą wersję tego dzieła) i nie mogłem w pełni zachwycić się wizualną stroną dzieła Epsteina, a przecież to ona decyduje o mistrzostwie tego obrazu. Dzisiaj "Upadek domu Usherów" raczej nikogo nie przestraszy, ale na wyobraźnię jak najbardziej ma szansę podziałać, głównie za sprawą onirycznego sztafażu, który sprawia, że film wydaje się snem. Najbardziej zachwycającą sceną jest bez wątpienia niesienie Madeleine do grobu, składające się z szybkim cięć pokazujących nam w krótkich ujęciach twarze mężczyzn niosących trumny, to znowu wycinki posępnej natury wokół. Fakt wykorzystania naturalnego pleneru i sekwencji, w których pełni on główną rolę, odróżnia ten obraz od znanych filmów niemieckiego ekspresjonizmu. I on też w dużej mierze decyduje o jego wciąż nie słabnącej magnetycznej sile.

I jeszcze dopisek na marginesie. Obejrzałem też krótkometrażową (13 min.) wersję "Upadku domu Usherów" z tego samego roku w reżyserii Jamesa Sibleya Watsona i Melville'a Webbera.  Jest znacznie mniej znana od długometrażowej siostry i według tych nielicznych, którzy mieli szansę ją obejrzeć, lepsza. Ja nie zgadzam się z tą oceną. Wersja ta także podąża ścieżką wizyjnych, onirycznych obrazów, ale wierniej oddaje treść pierwowzoru literackiego. Nie do końca jestem jednak przekonany, czy z takim samym powodzeniem oddaje ducha twórczości Poego. Próba umieszczenia "Upadku domu Usherów" w 13 - minutowym dziele skutkowała nadmierną dynamizacją obrazu. Uchodzi gdzieś groza, nie wspominając o profilu psychologicznym. Jest to krótka impresja oniryczna, która na dodatek dryfuje w stronę jakichś zgeometryzowanych, kubistycznych form, wcale nie przywodzących gotyckiej aury znanej nam z twórczości Poe'a. Warto jednak zapoznać się z tym dziełem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz