piątek, 23 września 2011

"Ptaki" (1963)



Postanowiłem zrobić sobie przerwę w oglądaniu bardziej ważkich filmów i obejrzeć "Ptaki" (1963) Alfreda Hitchcocka, z którymi miałem okazję zapoznać się we wczesnym dzieciństwie. Wtedy zrobiły na mnie duże wrażenie i do dzisiaj stworzenie trzepoczące w zamkniętym pomieszczeniu raczej - mówiąc eufemistycznie - wzmaga we mnie chęć opuszczenia tegoż pomieszczenia. Zacząłem od dość heretyckiego wyznania, ale faktycznie, nie uważam, aby "Ptaki" wyrastały daleko poza sprawnie skonstruowany dreszczowiec, pomimo możliwości poszerzenia tego filmu o jakieś psychoanalityczne i symboliczne interpretacje.

Wszyscy zwracają uwagę na dwudzielność filmu. Dzieło Hitchcocka zaczyna się spokojnie, od spotkania Melanie Daniels (Tippi Hedren) z Mitchem Brennerem (Rod Taylor) w sklepie z ptakami. Ich rozmowa kończy się ciętymi ripostami i złośliwościami, ale jeszcze raz sprawdza się przysłowie, że "kto się lubi, ten się czubi". Bogata panna wkrótce rusza za Mitchem do Bodega Bay, gdzie ten mieszka z matką i siostrą. Ptaki przewijają się w tle, krzyk mew informuje nas o tym, że znaleźliśmy się w portowym miasteczku, a na pierwszym planie mamy zaloty Melanie, która postanowiła sprezentować potajemnie siostrze Mitcha papużki nierozłączki. Spostrzegawczy mężczyzna zauważa jednak pannę Daniels w łodzi i pędzi na jej spotkanie, co wyraźnie raduje kobietę. Ni stąd ni zowąd jej piękną, słodką i na wskroś okładkową twarz atakuje mewa. I pomału wchodzimy w dreszczowiec. Ptaki zaczynają wariować.

Film w niektórych scenach zestrzał się, mowa tu szczególnie o ptasich atakach, które momentami nadal są niezwykle sugestywne i przerażające, ale czasami trącą myszką, np. kiedy mamy do czynienia z furią wron bezlitośnie dziobiących uciekające dzieci. Zamiłowanie Hitchcocka do kręcenia w studio dało o sobie znać i płaskie tło, na którym nienaturalnie odbijają się postaci, może razić, podobnie jak wątek romansowy rozbijający się o konwencjonalne ujęcia. Jedynie gra aktorska Jessiki Tandy w roli zaborczej i przewrażliwionej matki Mitcha może się podobać. Więcej autentyzmu od Tippi Hedren w swoją rolę włożyła także Annie Hayworth. W "Ptakach" zagrała ona byłą partnerkę Mitcha.

Tych kilka uwag nie powinno jednak odjąć istotnej wartości tego obrazu, a ta zawiera się w budowaniu napięcia. Nie tyle więc atak wron nas zachwyca, co scena poprzedzająca tę anomalię natury, kiedy to Melanie, paląc papierosa, czeka na ławce przed szkołą na siostrę Mitcha. Początkowo nie zauważa gromadzących się wokół przebrzydłych wron. Jedna, dwie, pięć, dziesięć, a potem panna Daniels odwraca się i widzi setki tych stworzeń złowrogo siedzących wokół szkoły. To jednak końcowe sceny najbardziej skupiają na sobie uwagę i trzymają nas w napięciu, m.in. wtedy, kiedy nie widzimy ptaków, a słyszmy tylko ich rosnące skrzeczenie i wrzaski ponad domem Mitcha. Nawiasem mówiąc, trzeba dodać, że w dziele Hitchcocka nie ma muzyki. Bernard Herrmann widnieje jako kompozytor w czołówce, ale w istocie odpowiadał on tylko za nagrania odgłosów ptaków. To było dobre posunięcie reżysera. Cisza jest często bardziej wymowna od muzyki. I tak się dzieje w tym filmie.

Niektórzy zestawiają "Ptaki" z "Psychozą", a nawet wynoszą je ponad ten drugi film, co jest dla mnie lekkim nieporozumieniem. To nie ten sam poziom gry aktorskiej mimo wszystko, nie ta sama spójność symboliki z obrazem, nie to samo mistrzostwo w ujęciach i świetnie wyreżyserowanych scenach. I nie chodzi tylko o sceny napięcia, ale i dialogi, które nie dorównują tym z "Psychozy". Jeśli ktoś nie widział jednak "Ptaków", bądź ich już zupełnie nie pamięta, to raczej nie straci czasu, oglądając je.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz