poniedziałek, 19 września 2011

"La Strada" (1954)



Fellini, Bergman. Bergman, Fellini. Najczęściej jedno z tych nazwisk pojawia się z przyczyn mitycznych niemalże w towarzystwie drugiego. Tak się jakoś przyjęło, że jedni w nich widzą mistrzów kina, a inni pożywkę dla snobów i pseudointelektualistów. Tym pierwszym mogę przyznać rację dopiero w małym stopniu, w końcu obejrzałem dopiero "La Stradę" Federico Felliniego i na tym kończy się moja znajomość twórczości tych reżyserów. Sceptyków też rozumiem, kiedy patrząc na niektóre wypowiedzi wszelkiej maści piewców, widzę w nich analogię do żonglowania nazwiskami autorytetów moralnych - bardzo płaski, ale jakże mocno eksploatowany chwyt erystyczny, który ma zakończyć dyskusję bez wymiany merytorycznych uwag. Po obejrzeniu "La Strady" mogę póki co stwierdzić jednak, że Felliniego za nic nie da się określić twórcą kina przeintelektualizowanego, wszak odwołuje się w swoim dziele przede wszystkim do emocji i robi to - tak, niech rzeknę to patetyczne słowo - w sposób mistrzowski.

W "La Stradzie" mamy trójkę bohaterów, co zresztą sugeruje już nam plakat, którego obraz umieściłem powyżej. Młoda dziewczyna, Gelsomina (Giuletta Masina) zostaje wykupiona z bardzo biednej, prowincjonalnej rodziny przez wędrownego artystę - cyrkowca Zampanò (Anthony Quinn). Mężczyzna jest szorstki, gburowaty, a momentami nawet brutalny. Uczy jednak Gelsominę sztuki cyrkowej i bądź co bądź zapewnia jej jakieś schronienie. Dziewczyna początkowo źle to znosi, ale znać też, że zależy jej na większej uwadze Zampanò. Po drodze pojawi się jeszcze linoskoczek "Il Matto" (Richard Basehart), który będzie solą w oku postaci granej przez Quinna, a także obiektem zainteresowania Gelsominy.

Pozornie wygląda to na banalną historię miłosną, ale tak nie jest. Jest to raczej fenomenalna opowieść o uczuciu nie tyle niespełnionym, co kompletnie nieobecnym. Możliwe? Tak. Fellini nie tylko nie podążył śladem wielkich miłosnych historii, ale złamał ich schemat, pokazując, że w życiu można się rozminąć i to w sytuacji, kiedy istnieją wszelkie warunki do rozwinięcia tegoż uczucia. Dlatego pomimo pewnego poloru starych filmów, gdzieniegdzie obecnego sentymentalizmu, także obecnego w motywie muzycznym, "La Strada" jest obrazem niezwykle autentycznym. Jest też dowodem na to, że da się opowiedzieć historię ludzi ubogich, czasami ordynarnych, szorstkich, nie odstawiających kieliszka, ocierających się o obłęd bez jednoczesnego pastwienia się nad nimi przy pomocy naturalistycznych sztuczek i nihilistycznej otoczki. Ba! Da się to zrobić, nawet bez konwencjonalnego happy endu.

Jak już wspomniałem, film Felliniego nie ma nic - zupełnie nic! - wspólnego z jakimkolwiek intelektualizmem. Jest to obraz odwołujący się do empatii widza; a w tej nie pomogą nam wielce ckliwe sceny przy akompaniamencie słodko brzmiących chórów. Strzępem paraintelektualnych dyskusji może być co najwyżej rozmowa Gelsominy i linoskoczka "Il Matto", bądź co bądź, ważna w perspektywie całego filmu. Rzecz jasna, nie powiedziałem jeszcze o niezwykle istotnej sprawie, kto wie, może najistotniejszej. "La Strada" swój status arcydzieła może zawdzięczać niewątpliwie także grze trójki aktorów. Gelsomina Giuletty Masiny może nas drażnić z początku. Gra naiwną, trochę rozkojarzoną dziewczynę, której wrażliwość nie pozwala przejść przez życie bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym. Aktorce udało się stworzyć obraz osoby bardzo zagubionej i chaotycznej, o dużej potrzebie uczucia. Jej postać skonfrontowana została z szorstkim Zampanò, fenomenalnie zagranym przez Quinna. Przez cały film czekamy na najmniejszą lukę w tej twardej skorupie, jakiś błysk, cokolwiek i nie widzimy, ale... No właśnie, Anthony Quinn pozostawił dla tej postaci mimo wszystko jakieś "ale", które w końcu wybuchnie. Oboje stworzyli parę, której...nie było. Linoskoczek realizuje trochę motyw błazna, który okazuje się nie taki głupi, za jakiego można by go uważać, ale spora w tym zasługa także Richarda Baseharta. To on uwalnia część emocji skumulowanych w Gelsominie i Zampanò, i mamy wrażenie, że wie co robi.

"La Strada" zapewne nie spodoba się wszystkim. Paradoksalnie, chociaż do tego pewnie mało kto się przyzna, powodem może być brak konwencjonalnej historii miłosnej z happy endem. W rzeczywistości arcydzieło Felliniego ma o uczuciach więcej do powiedzenia od niejednego znanego nam melodramatu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz