wtorek, 27 września 2011
"Manhattan"
Woody Allen, któż nie zna Woody'ego Allena? Tak się składa, że ja go nie znałem przed obejrzeniem "Manhattanu". Tak się też składa, że o Allenie ogół wypowiada się globalnie, tzn. bądź ruga go za jakiś film w kontekście całej twórczości (bądź też całą twórczość) albo wyraża się o nim aprobatywnie od początku do końca. Coś w tym musi być, ale ja pomimo pewnego skażenia tymi opiniami postaram się napisać o "Manhattanie" i tylko o "Manhattanie", w końcu jest to autonomiczne dzieło. I nic, ale to nic, nie interesuje mnie teraz reszta filmów Allena, tym bardziej, że obraz z 1979 r. był dopiero początkiem reżyserskiej drogi nowojorskiego twórcy.
Tytuł mówi nam wiele, zresztą każdy kto zna Allena wie, że...zaraz, ale miałem nie tworzyć opisu kontekstowego. Akcja filmu rozgrywa się więc w Nowym Jorku, sportretowanym przez Allena przy pomocy czarno - białej kamery, co niewątpliwie nadało dziełu większego poloru i magii. Dokładniej mówiąc jest to portret nie tyle samego miasta, co kilku jego reprezentantów; Isaaca Davisa granego przez samego Allena, Mary Wilke (Diane Keaton) i Yale'a Pollacka (Michael Murphy). Wszystkich łączy podobny status społeczny związany z pracą w redakcjach, pisaniem tu i ówdzie, kontaktami z bohemą artystyczną, itd., wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza, a więc wszystkimi zaletami takiego życia i wadami. Davis balansuje pomiędzy romansem z siedemnastoletnią Tracy (Mariel Hemingway), a wspomnianą powyżej Mary Wilke, która notabene romansuje ze wspomnianym również Yalem. Ten ostatni zaś musi tę miłość łączyć z miłością do żony Emily (Anne Byrne Hoffman). Na dodatek przez to wszystko przewija się wątek byłej żony Davisa, Jill (Meryl Streep), która odkryła w sobie homoseksualne skłonności, a teraz pisze książkę, w której opisuje - ku przerażeniu Davisa - życie z porzuconym mężem. Wszystko to brzmi ciężkostrawnie, ale w istocie jest to film niezwykle lekki.
"Manhattan" to w pewnej mierze satyra społeczna na pewną grupę ludzi, ale jest to satyra pozbawiona gorzkiego posmaku, być może wrażenie to potęguje fakt, że od powstania filmu minęło już ponad 30 lat. Atmosferę rozładowują błyskotliwe dialogi i żarty, które wyraźnie utrącają satyrze powagi i czynią z filmu lekkostrawną acz wdzięczną komedię. Allen zachowuje tu proporcje pomiędzy bezmyślnymi komediami, które z upadku moralnego i dezawuowania wartości robią pośmiewisko a nadętym moralitetem. Co wrażliwsza dusza nawet z tego filmu wyniesie jednak przykre wnioski o kondycji współczesnego świata zachodu, a Allenowi będzie miała zapewne za złe, że wszystko ubiera w swoje na poły ironiczne, na poły intelektualne szaty. Amerykański reżyser nie ubolewa, nie płacze, nie wsadza kija w mrowisko; on się bawi tą sytuacją, w której znalazł się niejeden intelektualista pokroju Davisa. Jak już napisałem, Allenowi udaje się jednak nie śmiać w głos, bo to byłoby strzałem w stopę, zresztą to byłoby niemożliwe, wszak już po tym jednym filmie widać, że to jest kwestia usposobienia i podejścia do życia. Eskapizm, ironia, dystans stanowią parasol ochronny. Niewątpliwie swoje robi też nostalgiczna aura spowijająca dzieło Allena, acz nie wiem, czy swojego nie robi też "wiekowość" "Manhattanu". Ta nostalgia uformowana przez zdjęcia, jak i przez muzykę, także łagodzi krytyczny ładunek filmu.
Arcydzieło to nie jest, bo też film ma coś w sobie z kuglarstwa, a nie prawdziwie wielkiej sztuki. Jest to jednak kuglarstwo na wysokim poziomie, błyskotliwe i wdzięczne, w czym niewątpliwa zasługa także kobiecej części obsady. I nie mówię tu tylko o aparycji, ale także o samej grze. W ramach rekreacji, oczyszczenia, odstresowania, a może nawet rozbudzenia w sobie stanów metafizycznych (czasami i kuglarz tego dokona) warto obejrzeć.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz