niedziela, 4 września 2011
"Ludzkość"
Aby czuć się bardziej usprawiedliwionym i upoważnionym do krytyki Dumont'a, zmierzyłem się dzisiaj z kolejnym jego dziełem, "Ludzkością" z 1999 roku. Miejsce, w którym rozgrywa się akcja (umownie rzecz nazywając) przywodzi na myśl debiut francuskiego reżysera. Jest to prowincjonalne, flandryjskie miasteczko. Jak prowincjonalne, to musi być też ospałe. I takie też w istocie jest. W tym miasteczku, bynajmniej nie urokliwym z racji nieprzyjemnej, nudnej powierzchowności mieszkańców, dochodzi do zbrodni. Zostaje zamordowana i brutalnie zgwałcona jedenastoletnia dziewczynka. Śledztwo w tej sprawie prowadzi Pharaoh de Winter (Emmanuel Schotte), postać niezwykle introwertyczna i wycofana, co momentami przybiera kształty wręcz autystyczne. W międzyczasie policjant spotyka się też z dwojgiem znajomych; Domino (Séverine Caneele) i Josephem (Philippe Tullier). Czas poza pracą spędzają bezczynnie i apatycznie. Domino i Joseph urozmaicają sobie życie mechanicznym seksem, wzorem bohaterów z wcześniejszego filmu. I tak to czas upływa, stagnacja otumania, a śledztwo wlecze się niemiłosiernie. Jest ono raczej w tle, natomiast na pierwszy plan wysuwają się sylwetki głównych bohaterów. Dumont wypracował właściwy sobie sposób prezentacji postaci. Spokojna narracja, statyczność akcji, cisza (żadnej muzyki, bardzo oszczędne udźwiękowienie) i skupianie się na trwaniu bohaterów w chwili. Oni nie muszą wykonywać nawet żadnych prozaicznych czynności; wystarczają spacery, bezruch, skąpe dialogi. Kamera nie tyle kontempluje twarze bohaterów, co rejestruje. Sęk w tym, że nie można odpędzić się od wrażenia, iż w tych ujęciach kryje się niezwykłe namaszczenie. Bardziej jednak odpowiedzialni są za to sami aktorzy, aniżeli zdjęcia. Na początku może się to podobać, ale po pewnym czasie ten pietyzm zaczyna być cokolwiek śmieszny. Bohaterowie stają się coraz bardziej wyabstrahowani z rzeczywistości.
"Ludzkość" przyjąłem jednak z odrobinę większą dozą sympatii, aniżeli "Życie Jezusa" i "Hadewijch", ponieważ reżyser nie uwikłał się ideowo tak mocno jak we wspomnianych filmach. Wprawdzie nieszczęsny tytuł (oraz mętna symbolika w stosowaniu imion) każą sądzić, że Dumont w obrazie patologii widział odbicie ogólnoludzkich stosunków i pastwił się swoim naturalizmem nie nad jednostkami, ale na ogółem ludzi, mimo to, nie eksponuje tego z mocą tendencyjnych szmir. Ujdzie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz