sobota, 3 września 2011
"Życie Jezusa" Dumont'a
Swojego czasu niezbyt pochlebnie zrecenzowałem "Hadewijch" Brunona Dumont'a, co spotkało się z polemicznym głosem. Osoba, która zakwestionowała trafność moich sądów, zaleciła mi obejrzenie innych filmów tego reżysera, a także wysłuchanie tego, co ma do powiedzenia sam twórca w wywiadach. Ponoć takie globalne poznanie ma dopiero zapewnić właściwy odbiór poszczególnego dzieła. Cóż, bywa i tak, chociaż bardziej skłonny jestem przychylać się do tezy, że dany utwór powinien się bronić sam. "Hadewijch" nie obroniło się, toteż postanowiłem pójść za radą wspomnianej osoby. Uznałem, że najrozsądniej będzie zacząć od debiutu reżyserskiego Dumont'a, czyli od "Życia Jezusa" z 1997 roku.
Tytuł może być mylący. Jeśli towarzyszy mu jakakolwiek idea, to jest to idea przewrotności. Otóż film przedstawia nam życie kilku nastolatków w prowincjonalnym, francuskim miasteczku. Życie to jest na wskroś nudne, nijakie i pozbawione treści. Nie wiem, czy reżyser bardzo się starał, ale do głównych ról dobrał aktorów o mniej lub bardziej tępych wyrazach twarzy. Ewentualnie można to złożyć na karb dobrej gry aktorskiej (fakt faktem nie można jej niczego zarzucić). Odbiorcy zostaje przybliżona zostaje przede wszystkim sylwetka Freddy'ego (David Douche), który urozmaica sobie życie mechanicznym seksem ze swoją dziewczyną, Marie (Marjorie Cottreel). Nie jest to łatwy czas dla chłopaków, bo w szpitalu znajduje się brat jednego z nich. Jest chory na AIDS i nie rokuje dobrze. To w szpitalu jeden z nich zauważa obrazek na scenie przedstawiający scenę wskrzeszenia Łazarza. Trudno szukać analogii pomiędzy tymi dwoma światami. Jeśli istnieje jakaś relacja to jest ona zbudowana właśnie na zasadzie przewrotnego kontrastu.
Znaczną część filmu pochłania wątek Araba, który wprowadza w życie miasteczka powiew inności. Niestety film poszedł torem politycznej poprawności i wpisał się w nurt postępowego humanizmu. Jak już wspomniałem, pokazana nam grupka tubylców to banda mniejszych lub większych debili, którzy urozmaicają sobie czas seksem albo bezczynnością. Po drodze znajdzie się też miejsce dla molestowania. Arab jest bardziej szlachetny, nawet z twarzy mniej razi tępotą, a kiedy zostaje wystawiony na pokuszenie reaguje cnotliwie, czym rażąco odcina się od dopiero co ukazanej nam sceny molestowania przez białych. Biali ci niemiłosiernie męczą Araba, czym w końcu sobie nagrabią. Warstwy ideowej filmu nie warto komentować, ponieważ czas pokazał, jak się sprawy mają we Francji (i nie tylko). Zresztą, nie wątpię, że i wtedy sprawy nie miały się inaczej, ale z filmem mniej poprawnym politycznie i dzisiaj trudno jest się przebić nad Sekwaną. O ironio, przeczytałem po obejrzeniu dziełka, że w słodkiej Francji Dumont był nawet oskarżany o rasizm z powodu tego "Życia Jezusa". To chyba najdobitniej mówi o poziomie zidiocenia w tym kraju. Ciekawe, czy reżyser wstydzi się tego tworu? Powinien.
Szkoda tylko technicznej sprawności, jakiej odmówić nie można twórcy. Jak pokazał Dumont, nie trzeba męczyć widza jaskrawym naturalizmem i szarością, aby pokazać beznadzieję prowincjonalnego życia. Twórca doskonale wydobył to przy pomocy samych aktorów i idealnie wyważonych czasowo ujęć, które wydobywają z filmowych postaci jałowość ich egzystencji, ale także smutek i ukryte głęboko pragnienie innego życia. W tym aspekcie film bije na głowę "Hadewijch", w którym, o dziwo, daje się zauważyć tę samą stylistykę. Tam się jednak nie sprawdziła. Być może z przyczyny aktorskiej indolencji Julie Sokolowski, która grała główną rolę. Niestety, nachalna, bezmyślna wymowa tego filmu sprawia, że już w połowie ogląda się go z bólem żołądka.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz