sobota, 17 września 2011

"Golem" (1920)



Słowa rozpoczynające "Golema" (1920) Paula Wegenera i Carla Boese'a są chichotem historii i nieuświadomioną zapowiedzią przyszłych wydarzeń: "mądry Rabin Loew, odczytuje w gwiazdach,|że Żydom zagraża nieszczęście". Nie łatwo jest uciec od snucia takich krwawych analogii odbiorcy powojennemu, ale oczywiście tak aktualizacja jest tylko impulsem i ciekawostką, sam film bowiem ściąga naszą uwagę w zupełnie inne rejony.

Tytułowy golem (Paul Wegener) to stworzenie powołane do życia przy pomocy czarnej magii przez Rabina Loewa (Albert Steinrück). Nie bez przyczyn żydowski mędrzec postanowił ulepić z gliny i ożywić tę istotę. Z gwiazd wyczytał - jak mówi przytoczony przeze mnie cytat - że Żydom żyjącym w wielkim gettcie (należy pamiętać, że dawniej wyrażenie to nie miało tak negatywnych konotacji jak dzisiaj, a Żydzi sami nie garnęli się do integracji) zagraża niebezpieczeństwo. I faktycznie, książę wydaje edykt nakazujący wygnanie mieszkańców getta z tych ziem. Rabin uznał, że przez wzgląd na jego zasługi książę pozwoli mu zjawić się na audiencji i pokazać kilka magicznych sztuczek. Wszystko zaczyna przybierać korzystny obrót dla Żydów, ale w pewnym momencie stracą oni kontrolę nad golemem. Paradoksalnie zagrożenie przyjdzie z jego strony, a nie ze strony księcia.

Film Wegenera i Boese'a z powodzeniem można by określić festiwalem światłocieni, które wraz z fenomenalnymi dekoracjami Hansa Poelziga czynią ten obraz magicznym. Chyba najbardziej urzekają sceny, które przedstawiają getto od zewnątrz; jest w tym filmie więcej przestrzeni przez co wydaje się mniej sztuczny i udziwniony od "Gabinetu doktora Caligari". Świat ten przywodzi raczej na myśl fantastykę osadzoną w realiach Średniowiecza, a nie zewnętrzne odbicie obłędu bohaterów/bohatera. Sam wątek golema nie jest niczym nowym w historii, by wspomnieć chociażby "Frankensteina" Mary Shelley, oczywiście tutaj bez akcentu dramatycznego związanego z rozterkami istoty powołanej do życia. Jej dwoistość możemy zauważyć co najwyżej w spotkaniu z dziewczynką. Czasami mogą nas bawić miny, jakie stroi Paul Wegener w roli golema, ale, o dziwo, to one też budują jego enigmatyczną i tajemniczą postać, po której nie wiadomo czego się spodziewać. Film traci jednak trochę na fabule, która miejscami za bardzo rozchodzi się na boki, co potęgowane jest także ilością równorzędnych postaci. Warto jednak obejrzeć dla samej wizualnej strony i muzyki Hansa Landsbergera, Douglasa M. Protsika i Aljoschy Zimmermanna, która nadaje większego kolorytu kabalistycznej społeczności Żydów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz