piątek, 9 września 2011

"Gabinet doktora Caligari"




Jakiś czas temu pisałem (nie tutaj) o elemencie zaskoczenia w filmach wykorzystujących motyw skrajnej subiektywizacji rzeczywistości. Możemy się z nim spotkać w takich popularnych, współczesnych dziełach jak "Drabina Jakubowa", "Szósty zmysł" czy "Inni". To perspektywa głównego bohatera jest w nich nadrzędna i nie rzadko ukazana nam rzeczywistość jest w pełni projekcją myśli i postrzegania filmowego protagonisty. Zdawałem sobie naturalnie sprawę z tego, że wymienione dzieła stanowią tylko niewielki wycinek filmów stosujących tę metodę prezentacji wydarzeń i zawiązywania fabuły. Nie spodziewałem się jednak, że jest to metoda stara jak świat, a dokładniej mówiąc, stara jak kino. Z podobnym motywem spotykamy się bowiem także w "Gabinecie doktora Caligari" (1920) Roberta Wiene'a, dzieła słusznie nazywanego arcydziełem niemieckiego ekspresjonizmu.

Film rozpoczyna się od rozmowy dwu mężczyzn. Jeden z nich, Francis (Friedrich Fehér), widząc kobietę krążącą obłędnie w pobliżu, postanawia opowiedzieć pewną mroczną historię. Według jego słów, kobieta ta była jego ukochaną. Niestety ich dość spokojne życie w miasteczku Holstenwall zostało przerwane przybyciem tajemniczego doktora Caligari (Werner Krauss), który na jarmarku prezentował somnambulika - Cezara (Conrad Veidt). Dziwnym trafem pojawienie się obu mężczyzn zbiegało się w czasie z morderstwami, które wstrząsnęły lokalną społecznością. Francis, jego przyjaciel Alan (Hans Heinrich von Twardowski) oraz kochana przez nich obu Jane (Lil Dagover) zostają wciągnięci w samo centrum tych przykrych wydarzeń, które ostatecznie zaprowadzą nas do zaskakującego zakończenia.

Na "Gabinet doktora Caligari" patrzy się przede wszystkim pod kątem ekspresjonizmu, który eksplodował w nim z całą siłą. Najwymowniej i najdobitniej mówi nam o nim scenografia. Myślę, że to ona jest też powodem, dla jakiego filmy takie jak "Gabinet..." czy "Metropolis" potrafią zaintrygować współczesnego widza czy nawet zachwycić. Nikt już w ten sposób dzisiaj nie tworzy w kinie. Lotte H. Eisner w "Ekranie demonicznym", świetnej książce o ekspresjonizmie niemieckim referowała na kilku stronach niuanse powstawania arcydzieła Wiene'a. Bynajmniej nie dotyczyły one aktorów czy reżysera, ale kierownika produkcji, dekoratora i ekipy technicznej. Warto wiedzieć, że do roli scenografa przymierzano słynnego grafika i malarza - wizjonera, Alfreda Kubina, który najpewniej poszedłby w  rejony bardziej ciemnych i mrocznych dekoracji. Ostatecznie pracę tę zlecono Hermannowi Warmowi, co zaowocowało pełnym ekspresjonizmem. Nie da się tego z niczym pomylić. Kanciaste, powyginane budynki, ukośne, ostro łamiące się linie, ciasne przestrzenie, które nie opierają się na realistycznej perspektywie, ale kompletnie ją łamią, gdzieniegdzie przewijające się dziwaczne przedmioty - prawdziwie inny świat, który zachwyca i wciąga, a już szczególnie gdy porówna się go do tych wszystkich alternatywnych rzeczywistości powielanych dzisiaj do bólu przy pomocy efektów specjalnych. Z tą nierealną przestrzenią doskonale koresponduje gra aktorów, przede wszystkim świetnego Wernera Kraussa, który w roli doktora Caligariego gestykuluje, łamie się, skrada groteskowo, przewraca oczami, świdruje nimi i raczy nas złowieszczym, podstępnym uśmiechem - wszystko to bez cienia odstępstwa od tła scenograficznego. A scena porwania Jane? Myślę, że śmiało mogłaby rywalizować ze sceną prysznicową z "Psychozy" Alfreda Hitchocka. Najpierw niepokojąca cisza, groźnie zbliżająca się postać, zawieszenie i eksplozja, dynamizm, jaki nie ma sobie równych. Veidt w roli somnambulika doskonale dopełniał osobę swojego mistrza, a perfekcja jego gry znalazła przede wszystkim odbicie we wspomnianej powyżej scenie.

 Jak się przekonujemy w zakończeniu sztuczny, miejscami schizoidalny świat, który obserwujemy w "Gabinecie doktora Caligari" ma swoje uzasadnienie. Nie jest to więc tylko formalna zabawa i sztuka dla sztuki. Ma on swoje uzasadnienie zarówno w samej warstwie fabularnej, jak i szerzej - jako odbicie niepokojów i zapis psychicznej kondycji niemieckiej społeczności. To już jest jednak temat rzeka, z którym zmierzył się Siegfried Kracauer w swojej książce "Od Caligariego do Hitlera". Dzieła tego nie miałem jednak przyjemności jeszcze czytać, toteż powołuje się na Lotte H. Eisner. Z filmami niemymi jest tylko ten jeden problem, że musimy liczyć się z różnymi wersjami udźwiękowienia, nierzadko bardzo uwspółcześnionymi. W takiej industrialno - ambientowo - awangardowej oprawie oglądałem "Nosferatu" F. W. Murnaua i tworzyło to niesamowity nastrój, niestety "Gabinet..." miałem nieszczęście obejrzeć z pojawiającymi się tu i ówdzie jazzowo - bluesowymi wstawkami (!), co z kolei wprowadzało nieprawdopodobny dysonans. Nie zmienia to jednak mojej oceny arcydzieła Wiene'a. W końcu to nie on był za to odpowiedzialny, a wizjonerstwem jego obrazu można zachwycić się nawet z watą w uszach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz