środa, 7 września 2011
"Cień wampira"
Sierpień i wrzesień upłynęły mi w dużej mierze pod znakiem wampiryzmu i bynajmniej nie mam tu na myśli pokaleczonych płodów wyobraźni pani Stephenie Meyer, ale filmy F. W. Murnau i Wernera Herzoga, a także pracę Marii Janion pt. "Wampir". Badaczka pisała swoje dzieło jeszcze sprzed cukierkowej rewolucji mitu wampirycznego. Myślę, że nawet nie podejrzewała, że wampiryzm zabrnie kiedyś w takie rejony. No, ale stało się. Ja nie zamierzam jednak pisać tutaj o pracy Janion ani o tworach Meyer, lecz o filmie E. Eliasa Merhige'a, pt. "Cień wampira" z roku 2000. Film przedstawia sfabularyzowaną historię powstawania arcydzieła z roku 1922. John Malkovich gra w nim Murnau, a Willem Defoe Maxa Schrecka - odtwórcę roli hrabiego Orlocka sprzed prawie 80 lat. "Cień wampira" żywi się legendą ostatniego z wymienionych przeze mnie aktorów. Niektórzy skłonni byli bowiem przypuszczać, że Schreck sam był wampirem. Wyobrażenie to było jeszcze potęgowane wymownym nazwiskiem artysty; "Schreck" oznacza w języku niemieckim strach. W filmie Merhige'a akcja zostaje zawiązana paktem, jaki zawierają ze sobą Murnau i tajemniczy odtwórca roli wampira; paktem, który wymaga dużego poświęcenia.
Nie spodziewałem się dzieła wybitnego, ani odkrywczego. Nie miałem dużych oczekiwań; liczyłem jedynie na solidny film z dobrą grą aktorską. Niestety film rozczarował. Całość rozmywa się pomiędzy próbą rekonstrukcji powstawania arcydzieła (dość naiwną zresztą), groteskowym naświetleniem sylwetki Schrecka, a także słabo wyeksponowanym dramatem artysty (Murnau), który w imię sztuki jest gotowy poświęcić wiele i to nie tyle swoim kosztem, co kosztem ekipy, z którą pracuje. Film kompletnie rozmontowują sceny "grozy". Umownie nazywam je takimi, ponieważ nie ma w nich ani grozy, ani dynamiki, ani mistyki, a przecież obraz ten reklamowany jest jako horror. Groch z kapustą. Defoe w roli Orlocka kompletnie nie budzi skojarzeń z pierwowzorem. Uzmysłowiło mi to potęgę kreacji Schrecka z 1922 - ona jest nie do ruszenia, nie do podrobienia. Postać wykreowana przez Defoe'a może bardziej budzić skojarzenia z Kinskim, ale tylko w krótkotrwałym i powierzchownym odbiorze, w rzeczywistości charakteryzuje ją przerysowanie, groteskowość i przegadanie niegodne postaci wampira, jeśli mogę sobie poczynić taką uwagę. W tej postaci stereotypowość rekwizytów i wampirzych cech osiąga wymiar nieco komiczny miejscami. To wampir rodem z komiksów i na miarę produkcji pulpowych z pierwszej połowy minionego wieku. Problem w tym, że Malkovich w roli Murnau wypada jeszcze gorzej. Wygląda tak jakby idea filmu wyssała z niego wszystkie soki już na wstępie. Na planie wygląda jakby robił biznes, a nie sztukę i walczył o pieniądze, a nie artystyczną wizję.
Tytuł w kontekście tego, co zobaczyłem, jest wymowny. Jest to tylko cień wielkich filmów z przeszłości, bardzo nieudolnie żerujący na micie wampira, a także geniuszu twórców wcześniejszych obrazów. "Cień wampira" jest dziełem zdecydowanie przeciętnym.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz