wtorek, 6 września 2011

"Flandria"






Bruno Dumont dalej pastwi się nad człowiekiem, a ja dalej pastwię się nad sobą. Otóż postanowiłem dopełnić dzieła i zapoznać się z "Flandrią" tegoż reżysera. Pomyślałem sobie, że po "Życiu Jezusa", "Ludzkości" i późniejszej "Hadewijch" jestem już dostatecznie uodporniony. Nie łudziłem się zbytnio; tamte trzy filmy pokazały mi, że francuski reżyser jest dość wtórny, jeśli idzie o formę, ale pocieszałem się umiarkowanym metrażem. 87 minut da się w końcu przeżyć. No i przeżyłem, ale smutkiem bezbrzeżnym napełniło mnie to dzieło. Zastanawiam się, jak to się dzieje, że utwory tego pokroju wciąż z powodzeniem uwodzą ludzi. Ale po kolei...

Lokalizacja wydarzeń jest w połowie typowa dla Dumont'a. Mamy jakąś zabitą dechami wioseczkę w tytułowej Flandrii, a w niej kilka wygaszonych postaci, rolnika Andre (Samuel Boidin), Blondela (Henri Cretel) i Barbe (Adélaïde Leroux), która daje tu i tam. Przede wszystkim zaś daje obu wspomnianym panom. Dumont nie omieszkał pominąć kilku scen seksu, jak to zwykle u niego, mechanicznego i ekonomicznego. Życie tych ludzi można określić w jeden sposób: wegetacja. Wszystko w ciszy i z typowym - a jakże! - dla Dumonta namaszczeniem chwili. Ach ten patos złudnego naturalizmu. To jest jeden plan, ale o dziwo, pojawia się też drugi. Panowie zostają wysłani na Bliski Wschód w celach bynajmniej nie pacyfistycznych. Tam zagubieni, pozbawieni dowódcy i łączności przemierzają bezlitosną pustynię. Bezlitosny jest również Dumont, który męczy człowieka bardziej niż "Łowca jeleni", "Czas apokalipsy", "Pluton" i "Full Metal Jacket" razem wzięte. Wszystko to w imię naturalizmu i perwersyjnych ni to analogii, ni to kontrastu wobec tego, co się dzieje w rodzinnej wioseczce, gdzie Barbe dalej uprawia swój niecny proceder oraz fiksuje, czy też używając współczesnej nomenklatury: manifestuję swoją wrażliwość.

Skąd się bierze idea naturalizmu? Ano trudno uciec od stwierdzenia, że przyświeca jej chęć rejestracji faktów, czy też mówiąc mocniej; chęć ukazania prawdy o człowieku. Jakoś Dumont'owi po drodze z nieznośnym uniwersalizowaniem, bo przecież standardowo miałcy są u niego wszyscy. Nigdy nie jest to chęć jednostkowego zbliżenia, tylko zawsze jakieś uporczywe pragnienie przeniesienia tych indywidualnych, klinicznych przypadków w szerszą perspektywę. Stąd to okropne namaszczenie, z jakim pokazywani się bohaterowie w swoich ordynarnych i mniej ordynarnych czynnościach. Dumont pokazując nam Andre, Barbe, Blondela, ale także postaci z innych filmów mówi: "To jest człowiek". Człowiek w ogóle. Myśl ta jest w szczególnie jaskrawy sposób wyeksponowana we "Flandrii". I jak pokazuje recepcja tego dzieła, naturalizm wciąż potrafi uwodzić, pomimo ewidentnych przerysowań i jednostronności. Szkoda.

Znamiennym jest zakończenie filmu. Słowo ma przeważyć cały wcześniejszy brud i upadek. Czy to jest recepta Dumont'a? Czy w ten sposób ratuje on człowieczeństwo? Ale wszak we współczesnej znakowej rzeczywistości słowo ma przewagę nad czynem, więc nad człowiekiem można się pastwić bez pozornych konsekwencji. W końcu kilka spojrzeń, słów i majestat cierpienia uchwycony w trzech sekundach na przeoranej codziennością twarzy, wystarczą, aby ocalić człowieka. Jaka współczesność, taki człowiek. I taki filozof.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz