Upalny, niedzielny dzień - czy można wyobrazić sobie coś mniej usposabiającego do aktywności? Zabrałem się do lektury "Billa Budd'a" Hermana Melville'a, ale za mało przeczytałem, abym mógł się wypowiedzieć na temat tej książki. Melvillowska - to na pewno. Jutro pewnie napiszę więcej.
Natomiast kilkanaście minut temu oderwałem wreszcie na moment wzrok od laptopa. Wcześniej, przez ponad godzinę, byłem zahipnotyzowany filmem Witolda Leszczyńskiego pt. "Siekierezada" na podstawie utworu Edwarda Stachury. Być może popełniłem kardynalny błąd, który zaważy na mojej przyszłej lekturze książki autora "Całej jaskrawości", ale fakt faktem, z literackim pierwowzorem nie miałem dotąd do czynienia. Zacząłem od filmu, a film ten jest magnetyzujący. W miejscu na wskroś niepoetyckim, bo w środowisku drwali, itp. reżyser stworzył poetycką atmosferę. Edward Żentara grający Janka Praderę może wydawać się początkowo sztuczny, ale rozpoznanie to opiera się tylko na bardzo powierzchownym odbiorze. W rzeczywistości bardzo dobrze oddał gonitwę myśli i ból, który kryje się pod pozornym spokojem. Daniel Olbrychski w drugoplanowej roli Michała Kątnego jest natomiast niesamowity. Ileż to już filmów z nim widziałem i za każdym razem po obejrzeniu jednego z nich, wychodzę z założenia, że to jeden z najlepszych polskich aktorów w historii. A mówię to jaka osoba, która znacznie mniej ceni sobie poza filmową działalność Olbrychskiego.
Rzadko zdarza mi się taka wylewność i brak umiaru w superlatywach, ale stało się. Może to nocna pora sprawiła, że sobie tak pofolgowałem w epitetach, niemniej słów zachwytu nie cofam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz