środa, 10 sierpnia 2011

"Nosferatu - symfonia grozy"

Jestem świeżo po obejrzeniu "Nosferatu - symfonia grozy". Czuję się oczarowany i oszukany jednocześnie, a wszystko to przez oprawę muzyczną, która zbudowała mi klimat tego filmu. W swojej naiwności uwierzyłem, że dark ambient i industrial w tle są...oryginalną ścieżką dźwiękową. Gdybym nie prowadził tego bloga wyłącznie dla siebie, prawdopodobnie nie "pochwaliłbym się" tym odkryciem. Niestety, nie udało mi się póki co odszukać, kto odpowiada za muzykę w wersji, którą posiadam na dysku. Oryginał, jak przeczytałem, został stracony, stąd liczne nowe aranżacje muzyczne dla filmu F. W. Murnau. Można się pogubić. Abstrahując od oprawy muzycznej film posiada także świetne ujęcia - szczególnie te z zamku i Transylwanii. Do tego dochodzi doskonale prowadzona narracja i kreacja Maxa Schrecka, który w filmie pojawia się w sumie tylko przez...8 minut. Chwaliłem też Rolanda Topora za wcielenie się w Reinfelda - sługę Nosferatu z późniejszego filmu Herzoga, ale szaleństwo Knocka ze starszej wersji bije na głowę tego pierwszego. To zasługa Alexandra Granacha. Arcydzieło, chociaż mówię to z pewnym ociąganiem i wyrzutami, wszak nie wiem, czy to samo powiedziałbym, gdybym obejrzał ten film w innej oprawie muzycznej. Może wtedy straciłby na niesamowitym klimacie i nie byłby już tak sugestywny?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz