czwartek, 11 sierpnia 2011

Jeszcze raz - porównanie

Cóż, w sprawach blogu dopada mnie tradycyjne lenistwo. Słomiany zapał daje o sobie znać nie pierwszy raz, chociaż chyba nie powinienem się tym chwalić. O ile w poprzednim tygodniu swoje pisanie mogłem uzasadnić trwaniem festiwalu w Kazimierzu, o tyle w tym żeruję wyłącznie na obejrzanych w domu filmach. Być może powinienem pisać nieco wcześniej?

Dzisiaj zrobiłem sobie powtórkę z "Nosferatu - wampira" w reżyserii Wernera Herzoga. Przede wszystkim dla porównania z obejrzanym dzień wcześniej filmem F. W. Murnau. Ciężko jest jednak porównywać oba filmy wbrew pozorom. Herzog, owszem, oparł się na arcydziele z 1922 niemal dosłownie, to jest materiałem były sceny ze starszego filmu rozbudowane o kilka nowych fragmentów i epizodów, ale bez szaleństw. Natomiast estetycznie oba filmy są z dwóch światów. W rezultacie, to tak jakbyśmy patrzyli na dwa zupełnie inne obrazy. Film Murnau to ekspresyjny, niezwykle dynamiczny i bardzo sugestywny obraz, który słusznie w podtytule nazwano symfonią grozy. Oddziałuje on przede wszystkim na wyobraźnię odbiorcy. Dzieło Herzoga także to robi, ale wyposażone jest w emocjonalny naddatek, którego nie posiada tamten film. "Nosferatu - wampir" jest bardziej mroczny, depresyjny i nostalgiczny, w czym zasługa trójki głównych aktorów, chociaż nie będę oryginalny i powiem, że przede wszystkim rzecz ma się w grze Kinskiego. Scena na zamku jest zachwycającym pokazem jego kunsztu aktorskiego, o czym pisałem już kilka dni temu. Ile treści można włożyć w samo spojrzenie! Ile emocji! To właśnie pogłębiona perspektywa psychologiczna wampira zmienia ten obraz, ale także inny sposób prezentacji przestrzeni, specyficzny dla Herzoga. Nie ma tu nic z ekspresji, jest za to melancholijny nastrój, z czasem coraz bardziej depresyjny. Nawet nie spostrzegamy, jak płynnie reżyser przechodzi z tej sielskiej atmosfery na początku filmu w coraz bardziej pogłębiającą się atmosferę smutku. Jutro zamierzam raz jeszcze obejrzeć wersję z 1922 roku.

Wieczorem odpocząłem przy "Kingsajz". Komedia miejscami urokliwa, miejscami lekko tandetna, z dobrą grą aktorską, szczególnie Jerzego Stuhra. Zapewne zyskuje na ideowej wymownie, która gdzieś tam podskórnie sobie egzystuje, ale ogólnie rzecz biorąc, bez entuzjazmu. Sympatyczna muzyka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz