niedziela, 21 sierpnia 2011

"Nawet karły były kiedyś małe" i "Cobra Verde"

Minęło już trochę czasu od mojego ostatniego wpisu, ale, ostatecznie, po osobistych perypetiach zebrałem się do napisania kolejnej wiadomości. Raczej nie podejmę się opisania wszystkich filmów, które widziałem w przeciągu ostatniego tygodnia, dość powiedzieć, że poszerzyłem diametralnie swoją znajomość twórczości Wernera Herzoga o: "Mojego najlepszego szatana", "Grizzly mana", "Fitzcarraldo", "Nawet karły były kiedyś małe" i "Cobra Verda", a więc dwa dokumenty i trzy fabularne. Dzisiaj widziałem dwa ostatnie z wymienionych filmów.

"Nawet karły były kiedyś małe" różni się od innych znanych mi i późniejszych filmów niemieckiego reżysera bardziej ascetyczną formą, minimalizmem lokacji i pleneru (cała rzecz dzieje się wokół jednego domu) oraz jawnie alegoryczną wymową. Późniejsze dzieła Herzoga także sięgały po symbole i alegorie, ale sam tragizm głównych bohaterów był wyłożony bezpośrednio. Tutaj mamy karły, które wszczęły bunt i w anarchicznym rozpędzie niszczą wszystko wokół siebie. W moim odczuciu jest to przede wszystkim groteska na bezmyślność rewolucji; na jej destrukcyjny, a nie twórczy charakter. Nie bez przyczyny Herzoga krytykowano z pozycji lewicowych. W filmie dostrzeżono bowiem cios wymierzony w rewolucję kulturalną lat 60 w zachodnim świecie. I chyba coś w tym jest, co bynajmniej nie sprawia, że niemiecki reżyser traci w moich oczach. Wręcz przeciwnie.

"Cobra Verde" to ostatni wspólny film Herzoga i Kinskiego. Dzieło to wydało mi się niezwykle chaotyczne, co więcej, mam wrażenie, że Herzogowi nie udało się już tutaj odpowiednio wykorzystać potencjału Kinskiego. W dokumencie poświęconym aktorowi wspominał, że starał się zawsze tak z nim pracować, aby jego furia znalazła ujście poza planem, a w filmie śladem miało być wyczuwalne napięcie i twórcza pasja. I to działało. W "Cobra Verde" ta koncepcja pęka w szwach. Herzog już nie panuje nad Kinskim. Jest w nim jakaś groteskowa przesada. Chyba Herzog miał rację mówiąc, że Kinski myślał o kreacji Paganiniego podczas kręcenia tego filmu. Piękna jest natomiast ta ostatnia scena, kiedy tytułowy bohater grany przez Kinskiego szamocze się ze statkiem, walczy z falami... Wspomnieniem tej sceny Herzog zamykał swój dokument "Mój najlepszy szatan" i dodawał, że Kinski powiedział mu już wtedy, że nic więcej nie zrobią razem. Jakże to wymowne i piękne. Bo przecież nie ma wątpliwości, co do tego, że Kinski miał świadomość, iż najlepsze rzeczy osiągnął z Herzogiem, a mimo to zdał sobie sprawę ze swojej niemocy. Ta scena jest niezwykle symboliczna. I chyba w pełni "wyreżyserowana" przez Kinskiego, a nie Wernera. W ten sposób odszedł jeden z największych w kinie. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz