sobota, 13 sierpnia 2011
"Frankenstein"
Nie zdołałem zrobić wpisu w nocy, ponieważ przerwała mi olbrzymia burza, która przetoczyła się nad miastem. A oglądałem w nocy "Frankensteina" Kennetha Branagha z Robertem De Niro w roli monstrum. Chociaż wyrażenie "monstrum" nie jest akurat zbyt trafne w tym wypadku. Film z 1994 roku jest bowiem wersją wykorzystującą potencjał etyczny książki Mary Shelley. Reżyser dobrze wydobył dramat "stworzyciela" (którego gra zresztą on sam) , a jeszcze lepiej pokazał dramat postaci granej przez De Niro, w czym niewątpliwa sługa tego drugiego, ale również umiejętnego wyeksponowania wątków ukazujących jego człowieczą naturę. Wprawdzie zawód, jakiego doznaje "monstrum" z powodu odrzucenia nie jest tak sugestywny, jak w książce, to jednak i tak nie pozostawia widza obojętnym. Zdecydowanie największy ładunek treści niesie ze sobą scena rozmowy w jednym z alpejskim lodowców, kiedy nieszczęsna istota pyta Wiktora, o to, kim właściwie jest i czy ma duszę. Z dedykacją do wszystkich, którym bliska jest idea zabawy w "stworzyciela". Tu nawet nie chodzi o to, że patent na to ma tylko Bóg, bo być może ten nie istnieje. Ale jeśli nie Bóg to natura, w którą wpisany jest naturalny porządek kolei. Ot co. Niestety, później film dryfuje za bardzo w stronę melodramatu i niektóre sceny są niepotrzebne. Wrażenie "przesytu" nieszczęść, które spadają na Wiktora jest nieodzowne. W książce odbyło się to jakoś bardziej przystępnie. Niemniej film warty uwagi.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz