Fascynujący film Victora Sjöströma z 1921 roku. Tak, już niebawem "Furman śmierci" będzie obchodzić stulecie. Dzieło oparte zostało na noweli zapomnianej dzisiaj trochę noblistki z 1909 roku - Selmy Lagerlöf. Powieściopisarka zaczerpnęła z kolei pomysł ze skandynawskich legend. Dzisiaj, po tylu latach, "Furman śmierci" wciąż urzeka.
Struktura jest niezwykle misterna i przywodzi na myśl tradycję utworów o szkatułkowej kompozycji, aczkolwiek to stwierdzenie nie wyczerpuję wewnętrznych uwikłań tego dzieła. Raz będziemy bowiem jedną nogą w świecie fantastycznym, by po chwili wrócić do realności, raz będzie to przeszłość, to znowu teraźniejszość. Głównym bohaterem tego utworu jest David Holm (Victor Sjöström), człowiek o zszarganej reputacji, który w wyniku hulaszczego trybu życia stracił rodzinę. Można powiedzieć, że punktem wyjścia dla tej historii jest Sylwester. Kilku mężczyzn, a wśród nich Holm, siedzi i raczy się alkoholem w oczekiwaniu na Nowy Rok. Główny bohater wspomina o pewnej legendzie, wedle której osoba, która jako ostatnia umrze w starym roku, stanie się na kolejne dwanaście miesięcy tytułowym furmanem śmierci. Jej obowiązkiem będzie przyjeżdżać po dusze zmarłych. No i pech chce, że David ginie tuż przed północą. Stary furman śmierci wdraża go w nowe obowiązki. Przede wszystkim dla Davida jest to okazja, by spojrzeć raz jeszcze na swoje życie, na popełnione błędy i krzywdę, jaką wyrządzał innym.
Film jest piękny wizualnie. Zastosowano w nim technikę nakładania zdjęć, dzięki czemu świat żywych rzeczywiście miesza się ze światem umarłych. Pomimo tego, że wszystko dzieje się w mieszczańskich domostwach i na ulicach miasta, to aura zdecydowanie sprzyja pojawianiu się tego, co nadprzyrodzone. Ze starymi, niemymi filmami często jest też tak, że gra aktorów wydaje się zbyt ekspresyjna (szczególne, gdy ktoś łyknie trochę niemieckiego kina), co poniekąd wynika z tego, że muszą sobie radzić bez głosu. To może odrzucać współczesnego odbiorcę, razić sztucznością, ale "Furman śmierci" na tym tle wypada zaskakująco dobrze. Rola Victora Sjöströma jest naprawdę przednia i poruszająca. Kiedy jest hulaką jest odstręczający i budzi niechęć, ale zarazem zostawia wystarczająco dużo miejsca dla metamorfozy, która wcale nie wypada nieszczerze. Jest naprawdę wielka i autentyczna. Chwyta za serce wraz ze słowami "Boże, spraw, aby moja dusza dojrzała, kiedy przyjdzie jej żniwo". "Furman śmierci" nie jest tylko wizualnym cacuszkiem sprzed prawie stu lat, nie jest antykiem do postawienia w gablocie, to wciąż piękna i warta zobaczenia historia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz