Obejrzał ja patologiczną animację pt. "Mary i Max" Adama Elliota. Aprobatywny odbiór tej animacji zewsząd zdaje się potwierdzać, że na bezrybiu i rak ryba. Ludziom ostatnie pięć minut tejże animacji potrafi chyba ustawić odpowiednio optykę i podsunąć sugestię, że opowiedziano tu o Wielkiej Przyjaźni. Przyjaźni w morzu szamba, patologii, głupoty i mentalnych pokaleczeń - dodajmy. W eterze od początku jedynie słuszny odbiór, wbrew delikatnie sugerowanym przez autorów intencjom. No bo animacja przedstawia ludzi nieprzeciętnych - pomimo swoich zwichrowań (mowa o głównej parze bohaterów) - w morzu przeciętności. A nie że każdy ma wady i zalety, jak to tłumaczy Max w pewnym momencie. Bo nie. Oni są wrażliwi, a animację też zrozumieją tylko ludzie odpowiedniej wrażliwości. Animacja kontestująca rzeczywistość, społeczeństwo, relacje rodzinne (co jeszcze zostaje podsumowane tym powiedzonkiem - dynamitem, że Bóg dał nam krewnych, a przyjaciół wybieramy sobie sami). A i ta przyjaźń, prawdę mówiąc, uszyta na miarę skarlałych ludzi i skarlałej rzeczywistości przedstawionej w tym patologicznym potworku. Przyjaźń sprowadzająca do fetyszyzowania czekoladowych ciasteczek i papieru, którym wykleja się sufit. To już taką miarę stosuje się obecnie do przyjaźni? Oda do alienacji.
Jedyne, co w tej animacji zasługuje na uwagę, to niezwykle ciekawa forma realizacji i interesujący sposób prowadzenia narracji. To dużo, ale za mało, żebym miał się zachwycać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz