wtorek, 4 października 2011

"Osiem i pół"



Obejrzałem film, który nie miał szansy do mnie trafić. Najbardziej autobiograficzne dzieło Federico Felliniego jest utworem ekskluzywnym i poza estetycznymi walorami - które każdy może docenić - pod względem treści i esencji zaadresowane jest do wybranej grupy odbiorców. Do mężczyzn - to po pierwsze; mężczyzn, którzy trochę już przeżyli i którzy nie spędzili życia na kanapie bądź w garażu. Do mężczyzn czerpiących z życia i głęboko osadzonych w jego zmysłowych ramach. Ci, którzy żyją w świecie bytów nierzeczywistych i ideałów mogą mieć problem z wyczuciem obrazu włoskiego reżysera. Przede wszystkim jednak ten pierwszy warunek wydaje się obowiązujący.

Bohaterem "Osiem i pół" jest reżyser Guido Anselmi (Marcello Mastroianni). Kręci on właśnie swój kolejny film, a raczej nie tyle kręci, co próbuje się zabrać do tej pracy. Niestety trapi go niemoc twórcza w połączeniu z szeregiem innych problemów charakterystycznych dla mężczyzny. Oczywiście mowa o kobietach i próbie umiejscowienia ich w swoim życiu, rozeznaniu się we własnych odczuciach, chęci poradzenia sobie z przeszłością i niekoniecznie trafionymi decyzjami. Guido nie jest rozeźlonym facetem, który waha się czy być, czy nie być. Jego chaotyczna natura pokrywa się z generalnym wyobrażeniem mężczyzny w pewnym wieku, a nie pewnym ekstremum, stąd zapewne liczne deklaracje osobników, którzy znaleźli coś bardzo sobie bliskiego w dziele Felliniego. Mastroianniemu partneruje plejada aktorskich gwiazd płci żeńskiej. Anouk Aimee, Sandra Milo, Claudia Cardinale, Barbara Steele... Po takim zestawieniu nie powinniśmy dziwić się, że główny bohater miał mały mętlik w głowie. Któż by nie miał. Konsekwencją tego będą zresztą sekwencje oniryczne, w których wszystkie kobiety Guida zobaczymy razem, a jego samego na szczycie haremu. Pozwolę sobie na seksistowskie pominięcie ról, jakie powyższe aktorki odgrywają w "Osiem i pół". Wszak sam Guido ma problemy z odpowiednim dopasowaniem tychże ról do poszczególnych kobiet. Żona, kochanka, partnerka, tylko aktorka w filmie, muza? To wszystko miesza się nieprawdopodobnie. Trudna układanka.


I takie to jest "Osiem i pół", estetycznie przyjemne, a miejscami irytujące swoją teatralizacją gestów i wystudiowanymi, dopieszczonymi pozami, głównie bohaterek tego dzieła. Dla niektórych jest to powód do zachwytu, ale film powinien mieć swój odrębny język, chociaż być może moja opinia - niech już rzeknę - podszyta jest hipokryzją, w końcu ekspresjonizm niemiecki darzę sporą aprobatą. To już jest jednak bardziej sprawa gry aktorskiej, aniżeli strony czysto wizualnej, która może budzić mniejszy lub większy zachwyt, częściej ten drugi. Czasami doskonale koresponduje to z muzyką, innym razem różnorodność tej drugiej znowu budzi podejrzenie o przesyt formy nad treścią. Za 20 lat wrócę do "Osiem i pół" i może wtedy odkryję w tym filmie arcydzieło... W tym momencie jest to 8,5/10.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz