czwartek, 4 sierpnia 2011

"Idź", "Na wylot" i "Kołysanka z Phnom Penh"

Wstałem dzisiaj heroicznie o pogańskiej godzinie, zjadłem śniadanie i pojechałem do Kazimierza Dolnego. Kiedy pojawiłem się na miejscu, miasteczko dopiero budziło się do życia. Przeżyłem niewymowny zawód, gdy pani w lodziarni powiadomiła mnie, iż sprzedaje dopiero od godziny 10. Podobnie rzecz ma się z wystawami - te również są dostępne zwiedzającym od wspomnianej godziny. "Na wylot" Grzegorza Królikiewicza także miał się rozpocząć z wybiciem magicznej dziesiątej! Wprawdzie mogłem udać się na "Cześć, Tereska", ale widziałem już ten film. No i ominęłaby mnie możliwość obejrzenia dzieła Królikiewicza. Błąkałem się więc bez celu, po czym zasiadłem w festiwalowym empiku i zacząłem przeglądać gazetkę wydawaną codziennie w ramach imprezy. Trochę mi było żal, że nie obejrzę "I'm still here" Caseya Afflecka, specjalnie powtórzonego dzisiaj na życzenie widzów. Film był wyświetlany już w poniedziałek i część ludzi siedziała na ziemi - takie było zainteresowanie! Nie obejrzałem zbyt wielu mockumentaries (fikcyjne historie udające dokument), toteż była to szansa na poszerzenie swojej wiedzy w tym zakresie, no, ale to kolidowało mi całkowicie z planami obejrzenia "Na wylot". Na dodatek musiałbym czekać jeszcze 1,5 godziny. Rozkład dnia pozostał więc niezmieniony.

Fabularny film Królikiewicza poprzedzony został jego rewelacyjną krótkometrażówką pt. "Idź". Dzieło to pokazuje nam mężczyznę - przewodnika prowadzącego konia w tatrzańskie góry, w ramach dożywiania niedźwiedzi. Była to najtańsza forma dokarmiania. W obrazie tym władze PRL-u dopatrzyły się nieprzyjaznej metafory. Koniem miał być wodzony za nos naród, przewodnikiem - państwo, no a niedźwiedziem nasz ukochany sojusznik. Film został upolityczniony, ale metaforycznie wyrasta daleko poza ideologiczny kontekst. Każdy człowiek na swój sposób wodzony jest za nos i niekoniecznie musi robić to państwo. Można na to patrzeć w szerszej, egzystencjalnej perspektywie. Fascynujące i wstrząsające są końcowe sceny, w których pokazywane nam jest narastające napięcie, a także brutalnie wyeksponowana samotność i bezradność konia, do którego mierzy ze strzelby przewodnik. Wstrząsający film o iluzji, jaką niesie ze sobą często życie.

"Na wylot" przedstawia historię małżeństwa Maliszów, które nie radzi sobie w rzeczywistości lat 30. Mężczyzna nie jest w stanie znaleźć sobie żadnej pracy. Izolacja między nimi a społeczeństwem pogłębia się. W końcu oboje decydują się na desperacki i tragiczny w konsekwencjach krok. Popełniają zbrodnię. I wtedy dochodzi do fenomenalnego wyeksponowania miłości między nimi; miłości której wcześniej nie widzieliśmy. Nie było wielkich słów i czułych gestów. Te największe słowa przyszły w sytuacji ekstremalnej i miały one wagę największego czynu. Myślę, że miłość nie posłużyła tu jak pretekst do rozgrzeszania Maliszów; na pewno nie w oczach ludzi, co najwyżej przed Bogiem. Raczej to zbrodnia stała się pretekstem do pokazania ich miłości. Bo jest to historia przede wszystkim o miłości, co wyznał sam reżyser podczas spotkania z nim po filmie.


Wspomniane spotkanie z reżyserem trwało mniej więcej godzinę. Królikiewicz mówił o swoich filmach, nie tylko tych pokazanych na festiwalu, chociaż o tych głównie. Zdradził też, jakie doświadczenia z dzieciństwa najmocniej zaważyły na jego duchowym rozwoju. Wymienił więc wojnę, ojca, którego stracił wcześnie, a który urósł w jego wyobraźni do mitycznej rangi, najbliższych. Tłumaczył, że w "Na wylot" wcale nie spotyka się ze "Zbrodnią i karą" Dostojewskiego, co siłą próbowano mu wmówić na festiwalu w Cannes w latach 70. Nie ma tu bowiem formuły ukorzenia się, co jest - według Królikiewicza i nie tylko, rzecz jasna - znamienne dla prawosławia, ale już nie dla katolicyzmu. Tłumaczył się z rzekomego egotyzmu i wspominał o ludziach, z którym przyszło mu pracować. Przyznaję, że, jak dla mnie, spotkanie mogłoby potrwać nawet jeszcze godzinę.

W Puławach wybrałem się jeszcze na dokumentalizowaną "Kołysankę z Phnom Penh". Wizualnie film robi wrażenie. Nocne życie kambodżańskiego miasta przeraża i przyciąga wzrok swoją mroczną i wielobarwną jednocześnie stroną. Film ten opowiada historię Izraelczyka Ilana, który związał się z kambodżańską kobietą, Saran. Różni ich wiele: język, obyczaje, temperament. Saran ma dzieci z poprzednich związków, ale nie zajmuje się nimi. Oddaje je rodzinom zastępczym. "Kołysanka z Phnom Penh" reklamowana jest jako opowieść o poszukiwaniu szczęścia, miłości i trwałości, pomimo brutalnych realiów. Ja nie dałem się uwieść tej empatycznej formule. Film Pawła Kloca (na uznanie zasługuje podjęcie przez Polaka tematu egzotycznego) daje obraz życia, w którym wartości są zdezintegrowane, a pojęcie rodziny nie istnieje. I tego wrażenia nic nie może uratować. Choćbyśmy nie wiem, jak bardzo się starali. Nie mniej, warto, naprawdę warto obejrzeć, jak wygląda życie w kraju, którego historia jest tak tragiczna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz