wtorek, 9 lipca 2013

"Carrie" (1976)



Powiadają, że Stephen King ma szczęście do ekranizacji swoich książek. Nie da się ukryć, że coś musi być na rzeczy, szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę ogólny odbiór tych produkcji. Ja nigdy nie darzyłem większą admiracją takich filmów jak chociażby ckliwa "Zielona mila" czy tandetne "To". Oba cieszą się jednak dużą popularnością, a nawet uznaniem. Nie inaczej jest z "Carrie" Briana De Palmy, która wprawdzie zeszła trochę na dalszy plan w tym dość pokaźnym zestawie ekranizacji powieści Kinga, ale pomimo tego uznawana jest za dobry film. 

Główną bohaterką tego dzieła jest tytułowa Carrie, zakompleksiona i nieśmiała dziewczyna wychowywana przez matkę - fanatyczkę religijną, a mówiąc wprost: osobę, której pomieszało się w głowie po odejściu męża. Na fatalne położenie Carrie składa się kilka czynników. Tym podstawowym jest oczywiście oddziaływanie matki i izolacja od rówieśników, która stanowi fundament wychowania dziewczyny. Po drugie Carrie, grana przez Sissy Spacek wyróżnia się urodą. Piegowata, jasna cera, spore usta, jasnoniebieskie oczy, rudo - ryżawy kolor włosów i brwi decydują o tym, że dziewczyna odstaje od innych. Nawet nie to, że jest brzydsza od każdej innej nastolatki, bo nie - są tam brzydsze, a na studniówce główna bohaterka prezentuje się bardzo dobrze, tyle że w połączeniu z charakter inność jest jednak mocniej wyeksponowana. Dziewczyny śmieją się z Carrie i jej dokuczają. Kolejny taki wybryk spotyka się z reakcją jednej z nauczycielek. Postanawia ona ukarać krnąbrne uczennice dodatkowymi lekcjami w-fu, a w razie, gdyby któraś się zbuntowała - zakazem przyjścia na studniówkę. No i jednej pannicy nie spodobało się to, zbuntowała się i dostała zakaz wejścia na najważniejszą uroczystość nastolatków. Dziewczyna pragnie się zemścić na Carrie, która tymczasem została zaproszona przez Tommy'ego Rossa na bal. 

U Kinga elementy fantastyczne są często odpowiednio dozowane. Czasami wypada to lepiej, czasami gorzej, bo ze zderzenia z realizmem rodzi się dysonans (tak było, moim zdaniem, w "Zielonej mili"), ale w "Carrie" telekinetyczne zdolności głównej bohaterki dobrze współgrają z emanującą z niej aurą i rodzinnymi odlotami fanatycznej matki. Sissy Spacek miała wszelkie zadatki na to, by zagrać takie medium, dziewczynę balansującą na granicy ogromnej nieśmiałości i krwawej zemsty. Film zestarzał się już trochę wizualnie, jest mocno zanurzony w schemacie "filmu dla nastolatków", a to samo z siebie jest deprecjonujące. Niektórzy aktorzy - ci grający młode osoby - trochę odstają od takiej Sissy Spacek, która zagrała więcej niż dobrze. Niepokojąca jest też rola Piper Laurie jako matki Carrie, po której można się spodziewać wszystkiego w tym dziele. W czołówce z upodobaniem wymienia się także Johna Travoltę, ale naprawdę nie gra on tu pierwszych skrzypiec, a jego kreacja wpisuje się w schemat przygłupiego amerykańskiego nastolatka. Taki rekwizyt umożliwiający rozwinięcie się głównego wątku i wyeksponowania innych postaci, w tym wypadku Carrie i jej dramatu. Bo oczywiście dzieło Briana De Palmy, pomimo tego, że trąci już trochę myszką, wciąż posiada spory potencjał dramatyczny. I raz jeszcze wypada powiedzieć, że to przede wszystkim zasługa Sissy Spacek, która dobrze pokazała dwie twarze swojej postaci, lęk, marzenia, nadzieje, pragnienia, szaleństwo. Warto dla niej zobaczyć ten film.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz