Z uporem maniaka męczę dalej twórczość Ingmara Bergmana, chociaż wszystko mi mówi, żebym sobie dał spokój na jakiś czas. Przesyt jest ewidentny i prawdę mówiąc nawet nie wiem, czy "Szepty i krzyki" zniosłem nie najlepiej z powodu tego przesytu, czy też dlatego, że to film okrutnie zmanierowany? Ale czy ja tego nie pisałem już przy okazji wpisywania notki o "Namiętnościach"?
Nie dość, że formalnie jakoś mi się zaczynają filmy Bergmana nakładać jeden na drugi, to i tematycznie. Bo "Szepty i krzyki" są mocno spowinowacone z "Milczeniem". W obu ta sama niemożność porozumienia. W obu sprawa dotyczy sióstr. W jednym i drugim jest Ingrid Thulin. W jednym i drugim gra ona chłodną perfekcjonistkę stłamszoną przez tenże perfekcjonizm. Tej zmysłowej siostry w "Szeptach i krzykach" nie gra już co prawda Gunnel Lindblom, tylko nie mniej zmysłowa Liv Ullmann (i bardziej kokieteryjna, bo jej postać to bardziej typ trzpiotki, która ze swojej dziewczęcej naiwności zrobiła broń), ale ten wątek to kopia tamtego z milczenia. Dodajmy do tego podobną scenerię - wszystko w pomieszczeniach hotelowo - pałacowych, że tak powiem. Bardzo podobnie. Różnicę robi trzecia siostra, Agnes, grana przez Harriet Andersson. Harriet mnie przerażała w tym filmie. Tak ją zrobili, że wyglądała jakby miała naprawdę za moment zejść, ze zmarszczkami, wychudzona, z podkrążonymi oczyma - a przecież ona była jedną z tych pięknych muz Bergmana. Jej wątek splata się z wątkiem służącej Anny (Kari Sylwan). Agnes znajduje w niej matczyną miłość, a Anna w umierającej dziewczynie córkę. Kocha ją tak, jak nie kochają siostry. Bo Anna jest bezpośrednia, bo Anna mówi całą sobą o tej miłości, a siostry nie potrafią, zasklepione w swoich pancerzach i zagubione we własnych problemach. Czyli znowu ta niezdolność wyrażania uczuć, niezdolność porozumienia, iskrząca dopiero w dramatycznej chwili, tutaj na moment przed śmiercią Agnes.
Ale "Szepty i krzyki" poza tą wtórnością odwołują się też do scen symbolicznych. Niby nic nowego u Bergmana, ale z tą czerwienią mu nie do twarzy. Więcej tu teatru, niż życia. Nie potrafię postawić "Szeptów i krzyków" obok "Persony", a przecież sam reżyser to robił. To, co w tym filmie jest dobre, co się broni, co nawet podpowiada mi: "wrócisz do tego filmu i spróbujesz go przeżyć głębiej" to role. Wszystkie. Chociaż przeraziła, ale też zachwyciła mnie najbardziej Harriet. Śmierć jej postaci sytuuję wśród tych najbardziej wstrząsających, które dane mi było obejrzeć. Jest w jej śmierci bezradność (jej i towarzyszących jej osób), cisza wokół. Ta śmierć ma okrutną, brzydką twarz i stoi w kontraście do scen znajdujących się tuż obok, kiedy Agnes jeszcze żyła. To przecięcie jest okrutne. Dla mnie jest to najlepszy, choć też najokrutniejszy moment filmu. I w ogóle wątek Agnes i Anny najbardziej mnie urzekł i najbardziej poruszył. Znacznie mniej mnie przekonały do siebie potyczki Karin z formą i konwenansem, który odebrał jej prawdziwe życie, a także zagubienie Marii w romansach. Nie przyswoiłem sobie tego. Pozostałem nie tyle nawet obojętny, co zniechęcony. Ale wrócę, tak, myślę, że kiedyś wrócę do "Szeptów i krzyków".

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz