sobota, 6 kwietnia 2013

"Milczenie" (1963)







Ostatnie dzieło z Trylogii Pionowej Bergmana, "Milczenie" w zasadzie traktuje już wyłącznie o relacjach poziomych. Dystopiczna rzeczywistość tego filmu pozbawiona jest odniesień do transcendencji, chyba, że za tę ostatnią uznamy pustkę. Ale i to byłoby, moim zdaniem, stwierdzenie nie do końca prawdziwe. Można powiedzieć - i często o tym się mówi w kontekście "Milczenia" - o podrzędnej roli wykreowanego świata wobec psychologii obu głównych postaci. Coś na kształt pejzażu mentalnego, ale z większą rolą symboli. Wszystko tu mówi w mniejszym bądź większym stopniu o Ester (Ingrid Thulin) i Annie (Gunnel Lindblom), dwóch siostrach. Wszystko ma charakter introspektywny i kieruje nas do wnętrza jednej i drugiej bohaterki. Pomiędzy nimi istnieje zaś tytułowe milczenie.

Fabuła ograniczona jest do minimum. Ester wraz z siostrą Anną i jej synkiem Johanem (Jörgen Lindström) jadą do domu. Po drodze zatrzymują się w hotelu, w mieście Timoka. Obie siostry dzieli ogromna bariera. Ester woli przebywać w hotelowym pokoju, skupia się na pracy (jest tłumaczką), podczas gdy Anna nie może sobie znaleźć miejsca. Pragnie wyjść na zewnątrz, do ludzi, byle tylko uciec od męczącej obecności jej siostry. W tym samym czasie Johan, pozostawiony sam sobie, wędruje po korytarzach hotelu. W końcu długo tłumione żale obu sióstr znajdą ujście. Nieudolnie jednak i nie w tym momencie, co trzeba. 

Przypominają się zaklęte kręgi z "Jak w zwierciadle". Takim sposobem określa się tam samotność człowieka i jego niezdolność do wypowiedzenia tego wszystkiego, co w nim siedzi. Zaklętym kręgiem jest w "Milczeniu" zarówno Ester, jak i Anna. W tym filmie doszło jednak do intensyfikacji niezrozumienia. W pierwszym dziele z trylogii bohaterowie, mimo wszystko, próbowali dojść do porozumienia, poszukiwali się wzajemnie, chociaż z mizernym skutkiem. Tutaj pragnienie znalezienia się jest tak głęboko ukryte, tak zawalone wzajemnymi żalami i pretensjami, że trudno mówić o poszukiwaniach porozumienia. Jest w tym tylko desperacja obu bohaterek; obie są maksymalnie skupione na własnych potrzebach i przeżyciach, w konsekwencji rozmijają się nieustannie w słowach.

Nie wiemy do końca, co jest tego przyczyną. Obie kobiety różnią się. Ester chciałaby uczynić Annę podobną sobie - możemy tylko domniemywać, czy nie zazdrości jej momentami zmysłowości - podczas gdy Anna chciałaby się zarówno uwolnić od siostry, jak i jej dorównać. Brak porozumienia sięga dalej. Chłopiec nie ma kontaktu z matką, a jego wędrówki po korytarzach hotelu ilustrują chęć znalezienia punktu zaczepienia, autorytetu bądź po prostu bliskości. Na zewnątrz Anna znajduje zaś tylko chaotyczny tłum i jazgot. Tam również nie ma porozumienia pomiędzy ludźmi. Ich obcość, wzmocniona nieznanym językiem, pozwala szukać się wyłącznie poza słowami. Ale to jednak za mało. To nie wystarczy ani Annie, która spędzi noc z nieznajomym mężczyzną, ani Ester rozmawiającej na migi z odźwiernym hotelu.

Kiedy na zewnątrz nie ma nic sensownego, bo wszystko jest wyłącznie pustą formą nie naznaczoną boskim planem, człowiek zaczyna uciekać do wewnątrz siebie. Tam szuka rozwiązań. Własne istnienie jest przecież ostatnim aktem, którego w zasadzie jest pewien. I zasklepia się w sobie, gubi się, w końcu zaś umiera w pustce.

Bergman poważnie do tego podszedł. Większość topi jednak z powodzeniem pustkę w owym jazgocie tłumu. Jazgocie mediów. Jazgocie doznań. Substytutów Boga pod dostatkiem. Ułomnych, ale to nie szkodzi.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz