czwartek, 29 września 2011

"Zły porucznik" (2009)



Po raz kolejny potwierdził się truizm mówiący, że wszystko ma swój kres. Optymistyczna wersja w tym przypadku może też budzić nadzieję, że to tylko małe odstępstwo i tzw. wypadek przy pracy. Mowa o "Złym poruczniku" Wernera Herzoga, przez niektórych nadgorliwców nazywanym remakiem obrazu Abela Ferrary z 1992 roku. Pozornie jest to luźna wariacja na temat filmu sprzed 19 lat, jednak ja nie nazwałbym tego dziełka na wskroś innym. To już nie jest "Nosferatu" całkowicie zmieniające perspektywę pierwowzoru z 1922 roku. "Zły porucznik" poza kosmetycznymi zmianami, lekkim rozwinięciem profilu psychologicznego głównego bohatera, ugładzeniem formalnym, autoironią i fabularnym rozwinięciem jest filmem podobnym do dzieła Ferrary i - nie sądziłem, że to powiem - może nawet gorszym. A nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, bo "Zły porucznik" z Harveyem Keitelem nie urzekł mnie i w zestawieniu z nazwiskiem Herzoga, to niemieckiemu reżyserowi przyznawałem handicap. A tu rozczarowanie.

W nowszej wersji zmienia się miejsce akcji. Tym razem jest to Nowy Orlean, a konsekwencją tego będą bardziej plażowo - dyskotekowe klimaty, zwiewne ciuszki, złote łańcuszki, więcej kolorów i fauna, tym razem tylko w roli obserwatora degrengolady człowieka. Porucznik Terence McDonagh grany przez Nicolasa Cage'a jest jeszcze większym ćpunem od postaci odtwarzanej przez Keitela. Pomiędzy kolejnymi wciągnięciami i machami, bada sprawę morderstwa pięciu Senegalczyków i spotyka się z Frankie graną przez Evę Mendes, notabene też wiecznie naćpaną (tzn. Frankie, a nie Mendes). I tak to się wlecze, a wlec się musi, bo film trwa bite dwie godziny, więc napatrzymy się na wciągnięcia, machy i przygarbionego Terence'a, który posuwa nogami to tu, to tam. Przaśne klimaty zostaną uzupełnione ziomalami od Dużego Fate'a (Alvin Nathaniel Joiner szerzej znany jako Xzibit) oraz rodzinnym wątkiem głównego bohatera. Wszyscy obowiązkowo z pakietem uzależnień, stwierdzonych bądź i nie.

Po tym dziełku bardziej doceniłem film Ferrary, który byłby całkiem przyzwoity, gdyby nie naiwny motyw odkupienia. Od naturalizmu brzydzi mnie tylko jedna rzecz bardziej: autoironiczna reinterpretacja w duchu na wskroś ponowoczesnym, która w rzeczywistości jest wydmuszką nie mającą nic do zaoferowania poza owym eskapistycznym, leciutkim potraktowaniem tematu. W rezultacie ciężki kaliber dzieła z 1992 roku bardziej mi już odpowiada od wygładzonej wersji Herzoga, która cały moralny syf zostawia w tym samym miejscu (a może nawet go potęguje), ale ubiera to wszystko w autoironię, podskórny komizm, itd., itd. Tak, tak, wiemy, jaka to wielka sztuka zdekonstruować pewien obraz, ach, doprawdy, ręce same składają się do oklasków. Przypis do przypisu, wszak już film Ferrary dekonstruował mit policjanta, tyle że...czy ja dobrze słyszę swoje myśli?...tak, tyle, że zachował przy tym odpowiedni poziom formalnej ciężkości, która korespondowała z tematem. Herzog nie przewartościował niczego, tylko się zabawił. Brud został. Sztuki nie ma. Jest rozrywka, ale chyba nie tego należałoby wymagać od reżysera tej klasy, co Herzog. I pomyśleć, że kiedyś reżyserował on takie filmy jak "Aguirre, gniew boży", czy "Zagadkę Kaspara Hausera".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz