czwartek, 15 września 2011

"Jezus Chrystus Zbawiciel"



Słuszny plakat wybrano dla tego dokumentu. Słuszniej byłoby go też określić tytułem "Klaus Kinski Superstar" wbrew krzykliwym zaprzeczeniom samego aktora. "Jezus Chrystus Zbawiciel" jest dokumentem Petera Geyera prezentującym słynne wystąpienie Klausa Kinskiego w berlińskim Deutschlandhalle 20 listopada 1971 roku. Film pozbawiony jest autorskiego komentarza oraz radykalnych modyfikacji i przycięć, toteż mamy wrażenie uczestniczenia w spektaklu, jaki urządził legendarny artysta berlińskiej widowni, a nie w nowo powstałym obrazie opisującym tamte wydarzenia. A było to wystąpienie ze wszech miar ciekawe.

Do wystąpienia Kinskiego mam stosunek ambiwalentny i jest to ambiwalencja rzeczywista, a nie retoryczna. Dlaczego? Niemiecki aktor pojawił się na scenie - jak sam tytuł wskazuje - jako Jezus. Po trosze Kinski opisuje go z perspektywy trzeciej osoby, a więc w ramach narracji, a z drugiej strony sam wchodzi w rolę Zbawiciela. Zaczyna z grubej rury; mówi, że jest Jezusem wykluczonych (wymienia wszystkie grupy z marginaliów społecznych) nie związanym z żadnymi instytucjami, hasłami, grupami, kościołem. To jest Jezus anarchista. Treść tego wszystkiego to ogromny bełkot i to jest jedna strona tej ambiwalencji, która mnie opanowała. Jest też druga, która sprawia, że wystąpienie Kinskiego ogląda się w stanie hipnozy. Oto przed aktorem stoi pokolenie '68, które szybko demaskuje hipokryzję samozwańczego demiurga, którego status materialny, bogactwa i tryb życia daleki był od lansowanego tutaj ideału anarchistycznego. I zaczyna się ta niesamowita, magnetyzująca walka pomiędzy Kinskim a widownią. Jest tam miejsce na przekonywanie, ale też na jawną brutalną konfrontację urozmaiconą histerycznymi krzykami, a nawet rękoczynami gwiazdora. Staje się też rzecz niezwykle ciekawa; Kinski pomimo wygadywanych głupstw rzeczywiście staje się kimś w rodzaju Jezusa, osamotnionego w dużej mierze i niezrozumianego. Aktor chyba intuicyjnie wszedł w tę rolę w czasie spektaklu (ataki widowni tylko pozwoliły mu się bardziej w nią wczuć) i z taką sugestywną mocą skorelował ją z historią oskarżanego przez Faryzeuszy Jezusa, że zdaje nam się, iż oglądamy ten sąd w wersji uwspółcześnionej. Piewcy symbolizmu w trzykrotnym zejściu Kinskiego ze sceny widzieli z kolei upadki Jezusa w czasie drogi krzyżowej.

W grze Kinskiego (bo przecież można to grą określić) nie było zabawy ani nawet pozy. Była to dionizyjska ekspansja rozbuchanego ego i fascynująca manifestacja narcyzmu, który artysta w autentyczny sposób drogą sublimacji uzewnętrznił w roli...Jezusa. Ale nie można powiedzieć, aby artysta połknął sobą zgromadzoną publiczność, bo ta wcale nie przyjmuje pokornie wygadywanych frazesów Kinskiego. Ironiczne przytyki, komentarze, sądy widzów charakteryzują także ich. Dokument Geyera pokazuje nam w rezultacie także ten szczególny czas radykalnej kontestacji końca lat 60 i początku 70. Warto wiedzieć, że Kinski kończy swój monolog w grupie stu osób o drugiej w nocy. Tylko tylu ostało się z tłumu, który zgromadził się na sali. Paradoksalnie siłą wystąpienia Kinskiego nie jest jego treść - której myślący człowiek nie jest w stanie przyjąć - ale kształt formalny spektaklu, a ten nadała mu teraźniejszość w postaci widowni. To uruchamia Kinskiego w pełni i wyzwala jego szaleńczą pasję; to autentycznie wpycha go w rolę niezrozumianego i skonfrontowanego. Czy Kinski to zakładał? Być może... Faktem jest, że monolog ten do dzisiaj nie pozostawia widza obojętnym i nawet, jeśli nie przyjmiemy "przesłania" Kinskiego, to i tak pochłonie nas jego sugestywna moc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz